Owe poczucie niewystarczalności jest we wstydzie biblijnym kluczowe. Człowiek nabrał głębokiego przekonania, że jest jako stworzenie niegodny miłości, choć przecież w naszym jestestwie posiadamy pierwiastek samego Boga, coś, czego nie mają nawet Aniołowie. Dlatego Bóg nazywa nas swoimi dziećmi, bo wpisał w nas część Siebie. Mimo to, owy wstyd biblijny, który jest kłamstwem diabła, powoduje często, że nie lubię siebie, więc też trzymam dystans z innymi ludźmi, albo pozwalam im po sobie przejść. Nie znam swoich granic, bo czuję w tym wstydzie, że na nie nie zasługuję.
Kiedy moje Ja staje się kruche, nieugruntowane, przepełnione głębokim wstydem, to wtedy potrzebuję to kruche ja jakoś ubrać i najczęściej są to oczekiwania innych. Na początku przystosowuję się do potrzeb często niedojrzałych rodziców, ale to bardzo szybko prowadzi mnie do osobowości: jak gdyby, jak to określała Alice Miller. Człowiek wykształca w sobie postawę, dzięki której na zewnątrz pokazuje jedynie to, czego się od niego oczekuje i w końcu całkowicie się z tym stapia. Prawdziwe Ja nie może się rozwinąć i różnicować, gdyż nie ma prawa zaistnieć. Jeśli całe życie byłem akceptowany jedynie za bycie grzecznym, albo przynoszącym same piątki i szóstki w szkole, a byłem odtrącany w momentach słabości, albo nie daj Boże karany jako bezbronne dziecko, to dzisiaj skarżę się na uczucie pustki, bezsensu, braku miejsca w świecie i tak jest faktyczne, bo owa pustka jest realna. Naprawdę doszło do wydrenowania, zubożenia, częściowego zabicia moich własnych możliwości, gdyż pozwalałem sobie na rozwijanie jedynie tego, co było doskonałe, albo w najgorszym razie, jedynie akceptowane w oczach innych.
Zapraszam do odsłuchania najnowszego podcastu.
