Ślub kościelny a małżeństwo sakramentalne – Mk 10,1-12

W piątkowej Ewangelii mamy bardzo delikatną kwestię rozwodów. Podjęcie się tego tematu jest dość ryzykowne, bo mogę zostać źle zrozumiany, lecz chciałbym wyrazić jedynie pewną wątpliwość związaną z kwestią małżeństwa sakramentalnego. Będę poruszał się jedynie w przestrzeni duchowej, a nie dyscypliny kościelnej, której nie chcę zmieniać czy naruszać. Rozumiem jednak ból życia w nieudanym małżeństwie z perspektywy bezbronnej istoty (dziecka) i zadaję pytania, czy Bóg tego faktycznie chciał…

Zacznę od najważniejszych słów Chrystusa tej perykopy: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” – myślę, że jest to fundament rozumienia małżeństwa sakramentalnego.

Pytanie, czy wszystkie związki zawarte formalnie w kościele złączył Bóg? Czy sam fakt pięknej ceremonii w budynku kościelnym, w obecności urzędnika ze stułą rzeczywiście potwierdza, że sam Stwórca połączył tych ludzi, dopóki śmierć ich nie rozłączy? No oczywiście, że NIE bo, po pierwsze, młodzi ludzie bardzo często wcale się Boga nie pytają i nie rozeznają, czy relacja z osobą, z którą zawieram związek małżeński jest Jego wolą. Po drugie, istnieje coś takiego jak stwierdzenie nieważności małżeństwa, to znaczy, że instytucja Kościoła może stwierdzić, po przeprowadzeniu procesu, że związek kiedyś zawarty w kościele nie jest i nie był nigdy małżeństwem sakramentalnym. Tych stwierdzeń nieważności jest coraz więcej, nawet tam, gdzie są dzieci. Więc życie, praktyka a nawet samo prawo kościelne pokazują, że nie wszystkie związki zawarte w kościele są sakramentalne, bo przecież coraz częściej po latach Kościół stwierdza sakramentalną nieważność takiego związku.

Moim zdaniem, małżeństwo sakramentalne nie powinno być rozumiane wyłącznie w kategoriach prawa rzymskiego czy żydowskiego, czyli jako czysto ludzka umowa, polegająca na formule przysięgi, kursy, podpisy i świadkowie. Myślę, że ludzi, których naprawdę Bóg złączył, nie tyle jednoczy przysięga wymagana przez prawo, lecz nieustanna, codziennie budowana miłość wzajemna. Taką relację Bóg nie tylko złączył, ale nieustannie łączy, bo Bóg jest miłością. Jeśli takiego mężczyznę i kobietę łączy Bóg i to widać, jak bardzo się kochają, jak bardzo przez lata karmią się tą świętą relacją, to niech nikt z zewnątrz nie ich rozdziela, a wczasach Jezusa zdarzały się rozwody ze względu na zawirowania majątkowe, kiedy na przykład ojcowie chcieli zerwać małżeństwo swoich dzieci, bo znaleźli lepszą partię dla syna czy córki. Małżeństwa w czasach Jezusa nie były rozumiane w kategoriach duchowych, lecz budowane na zasadzie kontraktu dwóch rodzin. Zdarzało się niszczenie związków ludzi, którzy naprawdę się kochali, lecz żądza władzy i bogactwa rodziców gwałciła to, co już zostało zbudowane na miłości, czyli Bogu. Także w czasach Jezusa i nie tylko, małżeństwa były zrywane niekiedy od zewnątrz, przez destrukcyjny wpływ np. rodziny. Poza tym Pan Jezus chciał chronić przede wszystkim kobiety, ponieważ rozwiedziona nie była tak chroniona jak dzisiaj i mogła być pozbawiona środków do życia. W kontrakcie małżeńskim mężczyzna był uprzywilejowany.

Chcę jeszcze powiedzieć jedną rzecz w tej kwestii, którą tak pięknie podkreślał znany włoski aktor Roberto Benigni: dojrzały małżonek w prawdziwym związku sakramentalnym nie chce czynić swojej żony lepszą (ponieważ on tylko siebie chce uczynić lepszym człowiekiem); Mąż Boży chce swoją żonę uczynić przede wszystkim szczęśliwszą i w tym wszystkim jest odzwierciedleniem samego Boga w stosunku do nas.

Uważam, że wiele związków „kościelnych” da się uratować, tak aby stały się prawdziwymi małżeństwami sakramentalnymi. Wymaga to jednak najpierw osobistego głębokiego nawrócenia każdego z małżonków, potem zaś wspólnego pojednania.

Natomiast, wiem z doświadczenia, że jest jeden typ ludzi, którzy praktycznie nie są zdolni do zwarcia prawdziwego małżeństwa sakramentalnego, jest to osoba narcystyczna. Narcyz wejdzie w związek małżeński w kościele i będzie bronił tzw. przysięgi małżeńskiej rozumianej oczywiście po swojemu za wszelką cenę. Jego czyny jednak pokazały, że cały czas wykorzystywał swoją żonę (zdecydowanie częściej narcyzami są mężczyźni) do karmienia własnego rozdętego ego, upokarzając, stosując przemoc słowną, osaczając i wzbudzając nieustanne poczucie winy, zwłaszcza wtedy, kiedy kobieta zaczynała się wyzwalać ze szponów oprawcy. Narcyz żywi się innymi, zwłaszcza słabszymi i zależnymi i nie widzi swoich najgłębszych grzechów, bo jego ego mu je przysłania. Ustawia tak rzeczywistość i innych, żeby być uwielbianym, bo żywi się podziwem i adoracją. Nienawidzi krytyki wobec własnej osoby, zaraz przerzuci ją na ciebie. Narcyz jest w stanie nawet omamić spowiednika czy kierownika duchowego, a nawet terapeutę, żeby ten był po jego stronie, a niedoświadczony ksiądz czy terapeuta może potwierdzić oprawcę. Narcyz na zewnątrz może prowadzić życie religijne, mieć super-tradycyjne poglądy, nawet służyć przy ołtarzu, jednak w domu pod płaszczykiem przykazań będzie gnębił najbliższych z potrzeby władzy i kontroli, gdyż ta daje mu ukojenie. Narcyz ma zawsze receptę jaka żona powinna być i jakie dzieci powinny być, a że oni nie dorastają do jego wizji, zarzuca ich karami, krzykiem czy podnoszeniem głosu, obrażaniem się i poczuciem winy.

Myślę, że w przypadku narcyza lepiej jest, że jego małżeństwo się rozpadnie, że jego firma zacznie się walić, ponieważ może być to punkt zwrotny jego prawdziwego nawrócenia, prowadzącego do głębokiej pokory. Zrozumie, że problem był z jego wizją doskonałości, którą nazywał ortodoksją, zobaczy też, że ma słabości, które wymagają relacyjnego przyznania się do popełnionych błędów. Nawrócony narcyz pozwoli swojej żonie odejść, gdyż już wie, ile krzywdy zrobił i w końcu zrozumie, że prawdziwa miłość polega na wolności, a nie kurczowym trzymaniu wszystkich przy sobie, aby móc nimi władać i kontrolować. Kiedyś zasłaniał się przysięgą, że Cię nie opuszczę aż do śmierci, teraz wie, że już dawno złamał tę przysięgę, bo opuścił swoją kobietę emocjonalnie, kiedy ona tego najbardziej potrzebowała, bo ożenił się również ze swoja firmą, tłumacząc, że zabezpiecza przyszłość rodziny. Nie pamiętał też o pierwszej i najważniejszej przysiędze: miłości, bo jej nie rozumiał i nie umiał kochać. Nawrócić narcyza może tylko Bóg, choć robi to najczęściej odbierając mu wszystko.

Podsumowując, wygląda na to, że małżeństwo sakramentalne a ślub kościelny nie zawsze są ze sobą tożsame – bo pokazuje to już sama praktyka kościelna. Małżeństwo sakramentalne to zatem związek uczniów Chrystusa, których złączył i łączy Bóg – jest to relacja żywa, w której jeden z małżonków wsłuchuje się nieustannie w drugiego, aby uczynić go nie tyle lepszym, co szczęśliwszym.

Nikodem

Zejdź mi z oczu, Szatanie! – Mk 8, 27-33

Wydarzenie opisywane przez Ewangelistę dzieje się w okolicach Cezarei Filipowej, miejscowości na północy Izraela, gdzie znajdowało się sanktuarium wyroczni greckiej związanej z bogiem Panem (Pan: pół kozioł – pół człowiek). Wcześniej było to sanktuarium kananejskiego boga Baala. To w tych rejonach, bo zapewne do samej miejscowości Jezus nie wszedł (jako pobożny Żyd nie mógł kalać się wejściem do nieczystego miasta), zadaje pytanie uczniom: za kogo uważają go tłumy, a potem oni sami.

W odpowiedziach uczniów widać, że ludzie uważają Jezusa za kogoś znaczącego, ale jedynie przypisując mu rolę przygotowawczą. Ludzie oczekiwali spektakularności, politycznego wyzwolenia, więc jeszcze nie widzą w Jezusie Mesjasza, bo ten nie ma cech wodza wojskowego, który rozpocząłby powstanie i przegnał Rzymian, ustanawiając nowe królestwo Izraela.

Dopiero Piotr odpowiada: Ty jesteś Mesjasz! – to znaczy, że Piotr uznaje w Jezusie rolę najważniejszego wysłannika Boga, choć jeszcze jej nie rozumie. Jezus surowo zakazuje ujawniania, że jest Mesjaszem – jest to tzw. sekret Mesjański, ponieważ ludzie mają zbyt ziemskie myślenie o Mesjaszu, podobnie jak uczniowie, a myśleć ziemsko o Mesjaszu to myśleć ziemsko o zbawieniu: czyli, że Bóg rozwiąże wszystkie moje ziemskie problemy i da mi zasłużony dobrobyt – jakby to był jedyny cel życia i właściwe błogosławieństwo.

Wtedy Jezus koryguje rozumienie mesjanizmu wprowadzając motyw, którego nikt nie chce: odrzucenie, krzyż, cierpienie i śmierć.  Na końcu jest oczywiście zmartwychwstanie, ale to do nikogo nie dociera, zwłaszcza do Piotra. Jezus tak naprawdę zaczyna konkretnie mówić o wymiarze paschalnym.

Kto jednak chce cierpieć? Uczniowie nie chcieli się zgodzić na taką drogę Syna Człowieczego, bo wiedzieli, że oni też będą cierpieć, kiedy Go zabraknie. Podobnie z nami, kiedy Bóg zaczyna działać w naszym życiu w sposób paschalny – czyli najbardziej skuteczny, bo wtedy zradza się w nas nowe życie, lecz musi nas przeprowadzić przez krzyż. To rodzi bunt, bo nikt cierpieć nie chce, choć cierpienie paschalne jest bólem porodowym, nie agonalnym. Do najpełniejszej przemiany – do zmartwychwstania, trzeba przejść przez krzyż. Jeśli ktoś decyduje się porządnie naprawić swoje życie musi coś zmienić, a to boli. Już podjęcie się psychoterapii boli, bo przecież trzeba na nowo dotknąć ran i się otworzyć. Podjęcie decyzji o przerwaniu toksycznej relacji boli niemiłosiernie. Lęk antycypacyjny, czyli lęk przyszłość jest cierpieniem; poradzenie sobie z samotnością – podobnie. Walka o własną tożsamość bardzo boli, bo ludzie na okrągło osądzają nas, a najgorzej jest w kręgach religijnych, bo ci zawsze mają receptę na wszystko pod płaszczykiem przykazań i woli Bożej. Ale najbardziej boli jednak zdrada siebie, która jest podporządkowaniem się z lęku przed odrzuceniem – to jest coś, czego Jezus chce uniknąć.

Piotr mu mówi: nie przyjdzie to na Ciebie. Upomina Jezusa w taki sposób, żeby Mistrz podporządkował się ludzkiej wizji zbawienia poprzez sukces. Piotr tutaj synchronizuje się ze złym duchem, który tak właśnie kusił samego Syna Bożego: nie idź na krzyż! A potem: zejdź z Krzyża!

Dlatego Jezus mówi: „Zejdź mi z oczu, Szatanie!” choć po grecku jest ὀπίσω μου, czyli stań za mną – są to słowa, które Jezus wypowiadał przy powołaniu uczniów. Stań za mną! Piotrze, masz iść za mną, a nie mówić Mi, co mam robić, bo myślisz po ludzku i chcesz za wszelką cenę uniknąć cierpienia. Teologia sukcesu bez bólu jest diabelska. Pan Bóg umieścił najcudowniejsze łaski po drugiej stronie cierpienia. Jeśli przejdziesz przez bramę bólu, czeka Cię radość paschalna nowego życia.

Nikodem

Korban! – Mk 7, 1-13

Ewangelia Marka jest uważana za pierwszą spisaną Dobrą Nowinę. Powstała prawdopodobnie w Rzymie z osobistego świadectwa św. Piotra. W dzisiejszym Słowie pojawia się zarzut uczonych w Piśmie i faryzeuszy, że uczniowie Jezusa nie zachowują tradycji starszych. Już nie chcę wnikać w te zwyczaje, które wypływały z niezrozumienia ducha Tory, a także z nadinterpretacji przepisów Prawa, bazującej na chorym pojmowania czystości rytualnej.

Korban to hebrajskie słowo oznaczające ofiarę lub dar poświęcony Bogu. Jezus odwołuje się tutaj do zwyczaju, zgodnie z którym można było złożyć ślub, który zakłada odkładanie pewnej kwoty jako odroczony w czasie dar na rzecz świątyni. Jeśli ktoś złożył tego typu ślub jeszcze za życia swych rodziców, tak przeznaczonych pieniędzy nie mógł już użyć na wsparcie dla nich (pamiętajmy, że nie ma emerytur). Uczeni w Piśmie ślub ten uznawali za bezwzględnie wiążący, nawet jeśli kłócił się on ze świętym obowiązkiem wynikającym z IV przykazania. Krytyka Jezusa nie dotyczy raczej tego, czy można z tego ślubu zwolnić, czy nie. Krytycyzm naszego Pana dotyczy raczej praktyki, w ramach której ktoś narcystycznie popisuje się swoją religijnością, zobowiązuje się publicznie do uczynienia ogromnego datku na świątynię, nie dbając o podstawowe potrzeby życiowe swoich rodziców. Zyskuje na publicznym szacunku – dbam o święte! Dbam o świątynię. A nie dbam o najbliższych, którzy już nie mają z czego się odwdzięczyć, bo są starzy i schorowani. Zewnętrznie będę za to podziwiany, rodzina cierpi jednak w milczeniu.

Skąd takie skłonności w człowieku? Przecież nie jest to jedynie problem Żydów sprzed dwóch tysięcy lat.

Moim zdaniem wszystko zaczęło się od grzechu pierworodnego – od owego prastarego zranienia, które wpłynęło na nasze umysły. Na świat weszło też cierpienie, nie tylko jako konsekwencja naszych działań, ale także to niezasłużone, niesprawiedliwe – to niezaprzeczalny fakt, że ludzie cierpią często niesprawiedliwie, a to rodzi pytanie do Boga, niejednokrotnie przybierające formę krzyku do nieba. W judaizmie starożytnym przyjęto, że niemal każde cierpienie ma swoje źródło w grzechu osobistym (nawet jeśli Księga Hioba mówi co innego), jeśli nie twoim, to twoich rodziców, przodków – tak było z niewidomym od urodzenia (por. J 9,1-41). Skoro tak się sprawy mają, należałoby Bogu za wszelką cenę zrekompensować popełnione zło nawet to in spe, czyli możliwe w przyszłości, spodziewane. Pojawiła się zatem koncepcja zasługiwania. Zasłużę sobie na Bożą przychylność będąc grzecznym, prawym, nieskazitelnym – wypełniając przykazania, a nawet je rozwijając i zaostrzając. Bóg daje 10 przykazań, a judaizm za czasów Jezusa posiadał już 613 przepisów.

Tę ludzką skłonność do zasługiwania nazywam duchem anankastycznym, czyli sposobem radzenia sobie z lękiem poprzez władzę i kontrolę. Wypełniając przepisy, surowość życia, modlitwy nastawione na ilość, przekupując Boga, jest tak naprawdę dążeniem człowieka do posiadania władzy i kontroli nad samym Bogiem.

To myślenie w duchowości judaizmu poszło za daleko. Żydzi mnożyli coraz więcej przykazań, coraz więcej zasad, nazywali to tradycją a naród coraz bardziej cierpiał, mając na sobie ciężary nie do udźwignięcia. Bóg jednak zszedł na ziemię, żeby się z tym rozprawić.

Dzisiejsze ostre słowa Jezusa pokazują niebezpieczne tendencje, jakie zdarzają się w każdej wspólnocie religijnej: chowanie się za przepisami i nakazami, dopuszczanie się nadużyć w stosunku do osób zależnych, moralizowanie, którym odwraca się uwagę od własnych słabości i obarczanie innych ciężarami, których samych się nie dźwiga jakby się miało pomysł na reformę – czyli tak naprawdę rozmycie odpowiedzialności.

Jezus zachęca nas do miłosiernej teologii, a my często chowamy się za przepisami KPK lub tradycją przedsoborową. Przy czym KPK jest o wiele bardziej miłosierny niż my go interpretujemy. Po całej wykładni prawa w Kodeksie następuje ostatni kanon 1752. W kanonie tym spotyka się Kodeks z samą Biblią: W prawach przeniesienia (o którym była mowa w poprzednich kanonach) należy stosować przepisy kan. 1747, z zachowaniem kanonicznej słuszności i mając przed oczyma zbawienie dusz, które zawsze winno być w Kościele najwyższym prawem.

Strach pomyśleć o tym momencie, kiedy spotkamy się z Panem i On nam uświadomi, ile przepisów w Kościele było niepotrzebnych, czy wręcz niezgodnych z wolą Boża, bo utrudniało ludziom dojście do Niego. Chodźmy traktowanie Komunii Świętej jako nagroda dla zasłużonych, a przecież to jest najdoskonalsze Lekarstwo. Często bronimy Komunii Świętej, żeby nie trafiła do ludzi niegodnych. To tak jakby Apostołowie wstrzymywali Jezusa przed pójściem do grzeszników, bo jest zbyt Święty aby pójść do łotrów.

Z tym wiąże się też problem rozumienia tradycji w Kościele, nie tylko liturgicznej. Teolog katolicki powinien zawsze pamiętać o przestrodze kardynała Newmana, że właśnie wierność tradycji, wierność własnemu pojmowaniu wiary wymaga ustawicznego wysiłku nad zmianą form – już choćby dlatego, że słowa zmieniają swoje znaczenia, więc jeśli głosimy wiarę słowami i stylem naszych pradziadów, mówimy de facto co innego, niż oni mieli na myśli. Przywiązanie do formy oznacza zdradę wobec treści i sensu.

Wielki historyk Tradycji chrześcijańskiej Jaroslav Pelikan, napisał: „Tradycja to tak naprawdę żywa wiara zmarłych (to znaczy wiara Ojców, która pozostaje stale żywa); tradycjonalizm to martwa wiara żywych”.

Jezusowa tradycja to miłość Boga i bliźniego. To pozostaje niezmienne. Prawdziwy chrześcijanin to ten, który da się dla Chrystusa porąbać, fanatyk w imię tzw. wierności tradycji – porąbie wszystkich.

Zadajmy sobie pytanie, gdzie mi jest bliżej: czy jestem gotowy, aby dać się porąbać dla Chrystusa? Czy mam ochotę porąbać cały świat, bo nie jest zgodny z moją wizją doskonałości? Najczęściej jednak okazuje się, że ostrze naszej siekiery jest skierowane w nas samych i kaleczymy samych siebie, uważając, że Bóg chce, abyśmy spełniali Jego oczekiwania.

Nikodem

(fot. Nikodem: Grób Dawida, Jerozolima 2018 – Kurs archeologiczny)

Ekologia Księgi Rodzaju

Z opisu stworzenia przewija mi się pewna myśl:

Kiedy Bóg stworzył drzewa, przemówił do ziemi. Kiedy stworzył ryby, przemówił do morza. Kiedy stworzył człowieka, przemówił do Siebie. Co się stanie, kiedy wyjmiemy drzewo z ziemi? Uschnie. Co się stanie, kiedy wyjmiemy rybę z wody? Zdechnie. Co się stało, kiedy człowiek zerwał więź z Bogiem? Umarł.

Pan Bóg jest naszym naturalnym środowiskiem, bez Niego żyć nie możemy.

Nikodem

Wypłyń na głębię – Łk 5,1-11

Obchodzimy 5. Niedzielę Zwykłą. Słowo umiejscawia nas w początkach działalności Chrystusa – Jezioro Genezaret i mała rodzinna firma prowadzona przez Szymona, Andrzeja i ich ojca. Jezus naucza tłumy i jest wypełniony litością nad ludźmi, którzy są bez pasterza, osieroceni, bez celu i sensu. Podobnie zresztą Szymon, dotknięty stanem marazmu, obawia się o przyszłość; jego biznesik nie przynosi profitów – długi do spłacenia, rodzina na utrzymaniu, państwo pod okupacją, niepewna przyszłość.

Wiąże się z nim Nauczyciel z Nazaretu. Jeszcze o Jezusie nie wiadomo zbyt wiele, choć już przyciąga za sobą tłum ludzi. W Jego imperatywach jest coś hipnotyzującego, jest nadzieja na zmianę: Wypłyń na głębie i zarzućcie sieci na połów!

Szymon początkowo jest cynicznie nastawiony. Doświadczenie mówi mu, że skoro w nocy nic nie ułowili, w dzień tym bardziej nic nie złowią – to nie jest dobra koniunktura. Jednak ta odrobina zaufania… to małe ziarenko ryzyka, aby podążać za natchnieniem Mistrza, choć rozum i doświadczenie mówią: daj sobie spokój, z tego nic nie będzie… to jednak: Posłucham! Podążę za Tobą, Panie!

Stało się… sukces biznesowy. Wielkie mnóstwo ryb dające ogromne możliwości wyjścia z długów, starczy nawet rozwój firmy. Czegoś takiego ten biedny rybak z Kafarnaum jeszcze nie doświadczył. Znalazł się w centrum cudu, wiedział też, że ten cud jest skierowany właśnie do niego. Widząc, to – kontemplując Boski nadmiar daru w postaci sukcesu jego przedsiębiorstwa, pada do nóg przed Nauczycielem i mówi: Wyjdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiekiem grzesznym (Ἔξελθε ἀπ᾿ ἐμοῦ, ὅτι ἀνὴρ ἁμαρτωλός εἰμι, Κύριε). Słowa użyte przez Ewangelistę mówią nam o wewnętrznym przeżyciu Szymona: Wyjdź ode mnie – Ἔξελθε ἀπ᾿ ἐμοῦ. Piotr doświadczył Jezusa od wewnątrz, w sobie, doświadczył tam nadmiaru łaski i poczuł WSTYD: Nie jestem Panie godny twojego spojrzenia. Ten wstyd wypływa ze świadomości własnych życiowych porażek. Jestem taki, jak moja firma przed cudem; życie spełnione jest mi obce, nie zasługuje na nie.

Ten toksyczny wstyd u człowieka, który wypływa z niskiego poczucia własnej wartości, wyraża się poprzez lęk przed sukcesem. Człowiek nie podejmuje się ryzyka zmiany na lepsze, gdyż boi się porażki życiowej, w której i tak tkwi. Piotr podjął to ryzyko, lecz wyłącznie dzięki konkretnej zachęcie ze strony Pana. Jezus nie tylko zaprasza go do przyjęcia sukcesu biznesowego, ale chce podnieść jego aspiracje i kompetencję o kilka poziomów wyżej: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”.

Zachęcam Cię, Drogi Czytelniku, do uczenia się wrażliwości na Jezusowe zachęty, które mogą poprowadzić Cię najpierw do sukcesu w biznesie, a potem kilka poziomów wyżej, do osiągania sukcesów w Królestwie Niebieskim, które przenika nasz ziemski świat już teraz.

Jak nauczyć się owej wrażliwości na zaproszenia od Pana?

To już temat na osobne wpisy z dziedziny rozeznawania duchowego… zapraszam!

Nikodem

Witaj, Świecie!

Zapraszam Cię, Drogi Czytelniku, na podróż po świecie moich pasji: Biblii, archeologii, teologii, duchowości i psychologii.

Pismem Świętym zajmuję się od wielu lat, ukończyłem studia biblijne w Rzymie i w Jerozolimie. Jestem pasjonatem starożytnych języków Bliskiego Wschodu. Uwielbiam zagłębiać się w testy Pisma Świętego z uwzględnieniem środowiska ich powstania i redakcji, sięgając przy tym do archeologii. Interpretuję je jednak w duchu współczesności, czerpiąc z mojej drugiej pasji – psychologii. Na co dzień pracuję jako rekolekcjonista i kierownik duchowy.

Mam nadzieję, że ten blog wraz z moimi podcastami, rolkami, filmikami i zdjęciami pomogą Ci stworzyć przestrzeń na Spotkanie z אֶֽהְיֶ֖ה – Tym, który JEST.