W piątkowej Ewangelii mamy bardzo delikatną kwestię rozwodów. Podjęcie się tego tematu jest dość ryzykowne, bo mogę zostać źle zrozumiany, lecz chciałbym wyrazić jedynie pewną wątpliwość związaną z kwestią małżeństwa sakramentalnego. Będę poruszał się jedynie w przestrzeni duchowej, a nie dyscypliny kościelnej, której nie chcę zmieniać czy naruszać. Rozumiem jednak ból życia w nieudanym małżeństwie z perspektywy bezbronnej istoty (dziecka) i zadaję pytania, czy Bóg tego faktycznie chciał…
Zacznę od najważniejszych słów Chrystusa tej perykopy: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” – myślę, że jest to fundament rozumienia małżeństwa sakramentalnego.
Pytanie, czy wszystkie związki zawarte formalnie w kościele złączył Bóg? Czy sam fakt pięknej ceremonii w budynku kościelnym, w obecności urzędnika ze stułą rzeczywiście potwierdza, że sam Stwórca połączył tych ludzi, dopóki śmierć ich nie rozłączy? No oczywiście, że NIE bo, po pierwsze, młodzi ludzie bardzo często wcale się Boga nie pytają i nie rozeznają, czy relacja z osobą, z którą zawieram związek małżeński jest Jego wolą. Po drugie, istnieje coś takiego jak stwierdzenie nieważności małżeństwa, to znaczy, że instytucja Kościoła może stwierdzić, po przeprowadzeniu procesu, że związek kiedyś zawarty w kościele nie jest i nie był nigdy małżeństwem sakramentalnym. Tych stwierdzeń nieważności jest coraz więcej, nawet tam, gdzie są dzieci. Więc życie, praktyka a nawet samo prawo kościelne pokazują, że nie wszystkie związki zawarte w kościele są sakramentalne, bo przecież coraz częściej po latach Kościół stwierdza sakramentalną nieważność takiego związku.
Moim zdaniem, małżeństwo sakramentalne nie powinno być rozumiane wyłącznie w kategoriach prawa rzymskiego czy żydowskiego, czyli jako czysto ludzka umowa, polegająca na formule przysięgi, kursy, podpisy i świadkowie. Myślę, że ludzi, których naprawdę Bóg złączył, nie tyle jednoczy przysięga wymagana przez prawo, lecz nieustanna, codziennie budowana miłość wzajemna. Taką relację Bóg nie tylko złączył, ale nieustannie łączy, bo Bóg jest miłością. Jeśli takiego mężczyznę i kobietę łączy Bóg i to widać, jak bardzo się kochają, jak bardzo przez lata karmią się tą świętą relacją, to niech nikt z zewnątrz nie ich rozdziela, a wczasach Jezusa zdarzały się rozwody ze względu na zawirowania majątkowe, kiedy na przykład ojcowie chcieli zerwać małżeństwo swoich dzieci, bo znaleźli lepszą partię dla syna czy córki. Małżeństwa w czasach Jezusa nie były rozumiane w kategoriach duchowych, lecz budowane na zasadzie kontraktu dwóch rodzin. Zdarzało się niszczenie związków ludzi, którzy naprawdę się kochali, lecz żądza władzy i bogactwa rodziców gwałciła to, co już zostało zbudowane na miłości, czyli Bogu. Także w czasach Jezusa i nie tylko, małżeństwa były zrywane niekiedy od zewnątrz, przez destrukcyjny wpływ np. rodziny. Poza tym Pan Jezus chciał chronić przede wszystkim kobiety, ponieważ rozwiedziona nie była tak chroniona jak dzisiaj i mogła być pozbawiona środków do życia. W kontrakcie małżeńskim mężczyzna był uprzywilejowany.
Chcę jeszcze powiedzieć jedną rzecz w tej kwestii, którą tak pięknie podkreślał znany włoski aktor Roberto Benigni: dojrzały małżonek w prawdziwym związku sakramentalnym nie chce czynić swojej żony lepszą (ponieważ on tylko siebie chce uczynić lepszym człowiekiem); Mąż Boży chce swoją żonę uczynić przede wszystkim szczęśliwszą i w tym wszystkim jest odzwierciedleniem samego Boga w stosunku do nas.
Uważam, że wiele związków „kościelnych” da się uratować, tak aby stały się prawdziwymi małżeństwami sakramentalnymi. Wymaga to jednak najpierw osobistego głębokiego nawrócenia każdego z małżonków, potem zaś wspólnego pojednania.
Natomiast, wiem z doświadczenia, że jest jeden typ ludzi, którzy praktycznie nie są zdolni do zwarcia prawdziwego małżeństwa sakramentalnego, jest to osoba narcystyczna. Narcyz wejdzie w związek małżeński w kościele i będzie bronił tzw. przysięgi małżeńskiej rozumianej oczywiście po swojemu za wszelką cenę. Jego czyny jednak pokazały, że cały czas wykorzystywał swoją żonę (zdecydowanie częściej narcyzami są mężczyźni) do karmienia własnego rozdętego ego, upokarzając, stosując przemoc słowną, osaczając i wzbudzając nieustanne poczucie winy, zwłaszcza wtedy, kiedy kobieta zaczynała się wyzwalać ze szponów oprawcy. Narcyz żywi się innymi, zwłaszcza słabszymi i zależnymi i nie widzi swoich najgłębszych grzechów, bo jego ego mu je przysłania. Ustawia tak rzeczywistość i innych, żeby być uwielbianym, bo żywi się podziwem i adoracją. Nienawidzi krytyki wobec własnej osoby, zaraz przerzuci ją na ciebie. Narcyz jest w stanie nawet omamić spowiednika czy kierownika duchowego, a nawet terapeutę, żeby ten był po jego stronie, a niedoświadczony ksiądz czy terapeuta może potwierdzić oprawcę. Narcyz na zewnątrz może prowadzić życie religijne, mieć super-tradycyjne poglądy, nawet służyć przy ołtarzu, jednak w domu pod płaszczykiem przykazań będzie gnębił najbliższych z potrzeby władzy i kontroli, gdyż ta daje mu ukojenie. Narcyz ma zawsze receptę jaka żona powinna być i jakie dzieci powinny być, a że oni nie dorastają do jego wizji, zarzuca ich karami, krzykiem czy podnoszeniem głosu, obrażaniem się i poczuciem winy.
Myślę, że w przypadku narcyza lepiej jest, że jego małżeństwo się rozpadnie, że jego firma zacznie się walić, ponieważ może być to punkt zwrotny jego prawdziwego nawrócenia, prowadzącego do głębokiej pokory. Zrozumie, że problem był z jego wizją doskonałości, którą nazywał ortodoksją, zobaczy też, że ma słabości, które wymagają relacyjnego przyznania się do popełnionych błędów. Nawrócony narcyz pozwoli swojej żonie odejść, gdyż już wie, ile krzywdy zrobił i w końcu zrozumie, że prawdziwa miłość polega na wolności, a nie kurczowym trzymaniu wszystkich przy sobie, aby móc nimi władać i kontrolować. Kiedyś zasłaniał się przysięgą, że Cię nie opuszczę aż do śmierci, teraz wie, że już dawno złamał tę przysięgę, bo opuścił swoją kobietę emocjonalnie, kiedy ona tego najbardziej potrzebowała, bo ożenił się również ze swoja firmą, tłumacząc, że zabezpiecza przyszłość rodziny. Nie pamiętał też o pierwszej i najważniejszej przysiędze: miłości, bo jej nie rozumiał i nie umiał kochać. Nawrócić narcyza może tylko Bóg, choć robi to najczęściej odbierając mu wszystko.
Podsumowując, wygląda na to, że małżeństwo sakramentalne a ślub kościelny nie zawsze są ze sobą tożsame – bo pokazuje to już sama praktyka kościelna. Małżeństwo sakramentalne to zatem związek uczniów Chrystusa, których złączył i łączy Bóg – jest to relacja żywa, w której jeden z małżonków wsłuchuje się nieustannie w drugiego, aby uczynić go nie tyle lepszym, co szczęśliwszym.
Nikodem

Kolejny dzień zabieram się do zostawienia komentarza, bo kolejny dzień ten tekst we mnie pracuje. Rozwód to jest zawsze jakaś porażka, ale wielu dorosłych odwleka tę decyzję, z powodu dzieci…dla dobra dzieci. A dziecko zastanawia się, czy naprawdę Bóg tak chciał? Skoro jest dobry, to dlaczego cierpię? Wiem, bo byłam takim dzieckiem. To bardzo ważny i jakże potrzebny głos, który mam nadzieję, da ukojenie osobom w tej sytuacji. Dzieciom, dorosłym i dorosłym dzieciom.
Temat jest bardzo trudny. Obecnie mamy poważny kryzys, jeśli chodzi o małżeństwa, ale co może jeszcze istotniejsze – kryzys mężczyzn. Wielu z nich jest po prostu niedojrzałych. Sam jestem mężczyzną i daleko mi do ideału, ale niektórzy zachowują się w sposób wręcz niewiarygodny.
Mam bardzo bliską osobę – kobietę, która kilka lat temu poznała mężczyznę. Wydawał się ideałem: dobrze wykształcony, z dobrą pracą, wysoki. Po niespełna dwóch latach związku wzięli ślub. Przed ślubem nie mieszkali razem ani nie współżyli – głównie z jej woli.
Pierwszy raz zapłakała około tydzień po ślubie – powodem były kłótnie o pieniądze. On chciał zatrzymywać swoje dochody dla siebie i traktować wspólne mieszkanie jak hotel. Warto dodać, że wcześniej całe życie mieszkał z rodzicami.
Kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży, w sierpniu, on wracał z pracy, jadł przygotowany przez nią obiad i jechał do matki. Wracał wieczorem, siadał na kanapie na kilka minut i szedł spać. Codziennie dzwonił do matki dwa, trzy razy. Jego matka była zdrową kobietą, mieszkała z mężem i dwudziestokilkuletnim synem – nie potrzebowała żadnej pomocy.
Gdy dziecko się urodziło, mąż pytał żonę, czy może jechać do matki, gdy tylko niemowlę zasypiało. Ona, by uniknąć kłótni i mieć święty spokój, godziła się na to. Na pytanie, dlaczego codziennie do niej dzwoni i jeździ, odpowiadał: „Potrzebuję azylu”.
Gdybym opowiedział o wszystkich jego zachowaniach, nikt by w to nie uwierzył. Byli na terapii z jej inicjatywy oraz u księdza w Poznaniu. Kapłan, zamiast udzielić konkretnej porady, powiedział jedynie: „Jesteście młodzi, piękni, wykształceni, nie pijecie, nie bijecie – kochajcie się!”. Tyle w temacie…
Po dwóch latach małżeństwa miała dość i złożyła pozew o rozwód. Dała mu miesiąc na przemyślenie sprawy – wyprowadził się do matki. Po miesiącu stwierdził: „To ja się spakuję…”, choć w rzeczywistości był już u siebie – u mamy – i w końcu czuł się szczęśliwy.
W trakcie sprawy rozwodowej wyszło z niego najgorsze. Kłamał, że został wyrzucony z domu, że żona była z nim tylko dla pieniędzy. Składał fałszywe zeznania w sądzie, manipulował przy ustalaniu alimentów.
Później kobieta wystąpiła o unieważnienie małżeństwa, powołując się na niedojrzałość męża. Prosiła go: „Daj mi żyć i mieć możliwość ponownego małżeństwa”. Odpowiedział: „Nie będziesz robić ze mnie wariata!”. Kłamał zarówno w sądzie cywilnym, jak i kościelnym – przysięgając na Pismo Święte. Oszukał wszystkich: obrońców węzła małżeńskiego, psychologów, tak samo jak oszukał ją przed ślubem.
Kobieta przegrała sprawę o unieważnienie małżeństwa w sądzie kościelnym w Poznaniu, a później także w Warszawie. Tam obrońcą węzła była siostra zakonna, która zamiast rzetelnej analizy przytoczyła cytaty św. Jana Pawła II. Jak skomentował jej adwokat: „To słowo przeciwko słowu. Księża nie decydują się na unieważnienie w takich przypadkach”.
Liczba modlitw o nawrócenie męża i o to, by stała się wola Boża, liczba zamówionych mszy i przepłakanych nocy podczas całego procesu – jest nie do policzenia.
Adwokat powiedział, że nie ma sensu apelować do Roty Rzymskiej, bo przy dwóch negatywnych wyrokach wynik jest z góry przesądzony. Jedyną opcją byłoby rozpoczęcie sprawy od nowa w bardziej „przychylnym” sądzie, np. w Opolu.
Dziś ta kobieta ma 38 lat. Patrzy mi w oczy i pyta: „Paweł, czy Bóg naprawdę chce, żebym do końca życia była sama? Czy Ty, jako wierzący mężczyzna, byłbyś z kobietą po rozwodzie?”
Więc pytam Ciebie, ojcze – co mam jej odpowiedzieć? Co mam zrobić? co ona ma zrobić ?
Panie Pawle, zgadam się, że problem niedojrzałości mężczyzn jest bardzo powszechny. Dramat polega na tym, że skrajnie niedojrzali mężczyźni (zależni od matek) nie tylko wchodzą w związki małżeńskie, ale również wstępują na drogę prowadzącą do kapłaństwa, czy to diecezjalnego czy zakonnego. Nie będę komentował formacji seminaryjnej, zakonna jest zwykle dłuższa, a w zakonie jezuitów trwa około 11 lat do święceń. Jest to formacja głównie duchowa i intelektualna. Problem polega na tym, że dalej instytucja Kościoła cierpi na alergię do psychologii, jakby to było dzieło samego diabła, a przecież nie da się być ani dobrym mężem ani dobrym księdzem bez rozwoju emocjonalnego, który przede wszystkim zakłada poznanie swoich starych ran, świadomość własnej niedojrzałości oraz branie za nią odpowiedzialności.
Przygotowanie do kapłaństwa trwa wiele lat, kandydat poddawany jest różnym próbom, są opinie, a i tak spotykamy skrajnie niedojrzałych księży. Trudno sobie wyobrazić skalę problemu kandydatów do małżeństwa, którzy przechodzą, co najwyżej, kurs przedmałżeński.
Kurie i sądy kościelne trzymają się przede wszystkim litery prawa, natomiast wejście w indywidualny dramat osoby może się dokonać najczęściej w spotkaniu z mądrym kierownikiem duchowym, spowiednikiem czy psychoterapeutą. Osobiście, kiedy miałbym wybrać między, zasadami instytucji a cierpieniem drugiego człowieka, zawsze wybiorę człowieka – warto tutaj zgłębić przesłanie Księgi Hioba.
Ja bym się jednak nie zrażał po pierwszych niepowodzeniach. Jak trzeba rozpocząć sprawę w innym sądzie, to bym to robił. Jak to nie pomoże, to trzeba się zwrócić do Roty Rzymskiej. W myśl zasady, jeśli zamykają przed nami drzwi, to Pan Bóg zawsze otworzy nam jakieś okno. Każdy ma prawo do szczęścia relacyjnego, aby tym wielbić Boga.
Witam, dziękuję za odpowiedź. Postaram się trzymać emocje na wodzy.
Gdyby czas przygotowania do małżeństwa trwał tyle, co przygotowania księży do seminarium, to po prostu nikt by tego małżeństwa nie brał. I ja, i Ojciec dobrze o tym wiemy. Całe przygotowanie do małżeństwa, kurs przedmałżeński, to zazwyczaj farsa – często załatwiana na ostatnią chwilę, byle tylko mieć to „z głowy”.
A jak wygląda spowiedź pary, która przed ślubem mieszka razem (co, myślę, obecnie stanowi 95% przypadków)? Jak wygląda ich żal za grzechy? Ojciec Dariusz Piórkowski mówił podczas rekolekcji, że żal za grzechy to ból duszy, a sama myśl o popełnieniu danego grzechu ponownie sprawia, że chce się wymiotować. Kto tak ma? Ci narzeczeni? Nie mnie oceniać… ale raczej nie.
Jakiś czas temu byłem na ślubie dwóch osób niewierzących – w kościele, bo zdjęcia ładniejsze, i rodzice będą szcześliwi. Potwierdzenie kursu przedmałżeńskiego mieli kupione na OLX-ie.
Wyjątkiem w tej całej sytuacji są osoby naprawdę wierzące – te, które uczestniczą w rekolekcjach, czytają Pismo Święte, żyją świadomie wiarą. Ale takich osób jest garstka.
Niestety, faktem jest, że cierpią najczęściej właśnie ci wierzący – szczególnie w sytuacji porzucenia przez drugą stronę… i potem opuszczeni przez Kościół. Zwykle wtedy słyszę: „módl się”, „to twój krzyż”…
Jeśli chodzi o osobę mi bliską – kobietę (pozwolę sobie dopowiedzieć, bo wcześniej nie wchodziłem w szczegóły): szanse na uzyskanie stwierdzenia nieważności małżeństwa w wspomnianym Opolu są takie, jak trafienie piątki w totolotka. Trzeba się tam przeprowadzić, zameldować, zostawić rodzinę, przyjaciół, pracę, całe życie… znaleźć nowych świadków (których nie ma), i liczyć na to, że tym razem – gdy jej były mąż znowu będzie kłamał – księża czy obrońca węzła nie uwierzą w jego kłamstwa.
To proces oczywiście kosztowny i czasochłonny, a szanse na pozytywne rozwiązanie, jak wspomniałem, są praktycznie zerowe… choć formalnie nie są zerowe.
Jeśli chodzi o Rotę Rzymską – tutaj szansa wynosi mniej więcej tyle, co trafienie szóstki w lotka. Czyli – praktycznie zero.
I to wszystko miałoby być robione z pełną świadomością, że nie ma realnych szans na pozytywne zakończenie. Że mąż kłamał, był niedojrzały, że wszyscy zostali przez niego oszukani. A na koniec… po co to wszystko? Żeby dostać kawałek papierka? Który – notabene – inni po prostu kupują?
Nie rozumiem jednego: dlaczego żaden ksiądz nie ma odwagi powiedzieć takim osobom – porzuconym, okłamanym, które po ludzku zasługują na drugą szansę – by kierowały się sumieniem. Dlaczego nauka o sumieniu w Kościele jest prawie w ogóle nieegzekwowana? Dlaczego ważniejsze jest prawo niż miłość? Dlaczego tak trudno jest znaleść kogoś z kim można chociaż porozmawiać, to jest bardzo trudne.
Tym bardziej w kontekście tego, co Ojciec napisał – że chodziło kiedyś bardziej o sprawy majątkowe i że nikt tak naprawdę nie rozeznaje i nie pyta Boga przed ślubem: „czy to na pewno ten człowiek?”
Dlaczego księża boją się mówić jasno: „czyń według własnego sumienia, kieruj się miłością, jeśli jesteś przekonany, że masz rację”? Dlaczego w większości jesteśmy wychowywani jak dzieci, rób tak, i nie pytaj! Infantylizacja dorosłych ludzi!
Ta kobieta – jeszcze przed rozwodem – prosiła o pomoc księdza, prosiła terapeutę. W trakcie sprawy liczba modlitw i ofiar na Msze była nie do oszacowania. I jak się to skończyło? Tak, że przez kłamstwa męża ma być sama do końca życia, jeśli chce przyjmować Komunię Świętą.
Żal i smutek.