Ślub kościelny a małżeństwo sakramentalne – Mk 10,1-12

W piątkowej Ewangelii mamy bardzo delikatną kwestię rozwodów. Podjęcie się tego tematu jest dość ryzykowne, bo mogę zostać źle zrozumiany, lecz chciałbym wyrazić jedynie pewną wątpliwość związaną z kwestią małżeństwa sakramentalnego. Będę poruszał się jedynie w przestrzeni duchowej, a nie dyscypliny kościelnej, której nie chcę zmieniać czy naruszać. Rozumiem jednak ból życia w nieudanym małżeństwie z perspektywy bezbronnej istoty (dziecka) i zadaję pytania, czy Bóg tego faktycznie chciał…

Zacznę od najważniejszych słów Chrystusa tej perykopy: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” – myślę, że jest to fundament rozumienia małżeństwa sakramentalnego.

Pytanie, czy wszystkie związki zawarte formalnie w kościele złączył Bóg? Czy sam fakt pięknej ceremonii w budynku kościelnym, w obecności urzędnika ze stułą rzeczywiście potwierdza, że sam Stwórca połączył tych ludzi, dopóki śmierć ich nie rozłączy? No oczywiście, że NIE bo, po pierwsze, młodzi ludzie bardzo często wcale się Boga nie pytają i nie rozeznają, czy relacja z osobą, z którą zawieram związek małżeński jest Jego wolą. Po drugie, istnieje coś takiego jak stwierdzenie nieważności małżeństwa, to znaczy, że instytucja Kościoła może stwierdzić, po przeprowadzeniu procesu, że związek kiedyś zawarty w kościele nie jest i nie był nigdy małżeństwem sakramentalnym. Tych stwierdzeń nieważności jest coraz więcej, nawet tam, gdzie są dzieci. Więc życie, praktyka a nawet samo prawo kościelne pokazują, że nie wszystkie związki zawarte w kościele są sakramentalne, bo przecież coraz częściej po latach Kościół stwierdza sakramentalną nieważność takiego związku.

Moim zdaniem, małżeństwo sakramentalne nie powinno być rozumiane wyłącznie w kategoriach prawa rzymskiego czy żydowskiego, czyli jako czysto ludzka umowa, polegająca na formule przysięgi, kursy, podpisy i świadkowie. Myślę, że ludzi, których naprawdę Bóg złączył, nie tyle jednoczy przysięga wymagana przez prawo, lecz nieustanna, codziennie budowana miłość wzajemna. Taką relację Bóg nie tylko złączył, ale nieustannie łączy, bo Bóg jest miłością. Jeśli takiego mężczyznę i kobietę łączy Bóg i to widać, jak bardzo się kochają, jak bardzo przez lata karmią się tą świętą relacją, to niech nikt z zewnątrz nie ich rozdziela, a wczasach Jezusa zdarzały się rozwody ze względu na zawirowania majątkowe, kiedy na przykład ojcowie chcieli zerwać małżeństwo swoich dzieci, bo znaleźli lepszą partię dla syna czy córki. Małżeństwa w czasach Jezusa nie były rozumiane w kategoriach duchowych, lecz budowane na zasadzie kontraktu dwóch rodzin. Zdarzało się niszczenie związków ludzi, którzy naprawdę się kochali, lecz żądza władzy i bogactwa rodziców gwałciła to, co już zostało zbudowane na miłości, czyli Bogu. Także w czasach Jezusa i nie tylko, małżeństwa były zrywane niekiedy od zewnątrz, przez destrukcyjny wpływ np. rodziny. Poza tym Pan Jezus chciał chronić przede wszystkim kobiety, ponieważ rozwiedziona nie była tak chroniona jak dzisiaj i mogła być pozbawiona środków do życia. W kontrakcie małżeńskim mężczyzna był uprzywilejowany.

Chcę jeszcze powiedzieć jedną rzecz w tej kwestii, którą tak pięknie podkreślał znany włoski aktor Roberto Benigni: dojrzały małżonek w prawdziwym związku sakramentalnym nie chce czynić swojej żony lepszą (ponieważ on tylko siebie chce uczynić lepszym człowiekiem); Mąż Boży chce swoją żonę uczynić przede wszystkim szczęśliwszą i w tym wszystkim jest odzwierciedleniem samego Boga w stosunku do nas.

Uważam, że wiele związków „kościelnych” da się uratować, tak aby stały się prawdziwymi małżeństwami sakramentalnymi. Wymaga to jednak najpierw osobistego głębokiego nawrócenia każdego z małżonków, potem zaś wspólnego pojednania.

Natomiast, wiem z doświadczenia, że jest jeden typ ludzi, którzy praktycznie nie są zdolni do zwarcia prawdziwego małżeństwa sakramentalnego, jest to osoba narcystyczna. Narcyz wejdzie w związek małżeński w kościele i będzie bronił tzw. przysięgi małżeńskiej rozumianej oczywiście po swojemu za wszelką cenę. Jego czyny jednak pokazały, że cały czas wykorzystywał swoją żonę (zdecydowanie częściej narcyzami są mężczyźni) do karmienia własnego rozdętego ego, upokarzając, stosując przemoc słowną, osaczając i wzbudzając nieustanne poczucie winy, zwłaszcza wtedy, kiedy kobieta zaczynała się wyzwalać ze szponów oprawcy. Narcyz żywi się innymi, zwłaszcza słabszymi i zależnymi i nie widzi swoich najgłębszych grzechów, bo jego ego mu je przysłania. Ustawia tak rzeczywistość i innych, żeby być uwielbianym, bo żywi się podziwem i adoracją. Nienawidzi krytyki wobec własnej osoby, zaraz przerzuci ją na ciebie. Narcyz jest w stanie nawet omamić spowiednika czy kierownika duchowego, a nawet terapeutę, żeby ten był po jego stronie, a niedoświadczony ksiądz czy terapeuta może potwierdzić oprawcę. Narcyz na zewnątrz może prowadzić życie religijne, mieć super-tradycyjne poglądy, nawet służyć przy ołtarzu, jednak w domu pod płaszczykiem przykazań będzie gnębił najbliższych z potrzeby władzy i kontroli, gdyż ta daje mu ukojenie. Narcyz ma zawsze receptę jaka żona powinna być i jakie dzieci powinny być, a że oni nie dorastają do jego wizji, zarzuca ich karami, krzykiem czy podnoszeniem głosu, obrażaniem się i poczuciem winy.

Myślę, że w przypadku narcyza lepiej jest, że jego małżeństwo się rozpadnie, że jego firma zacznie się walić, ponieważ może być to punkt zwrotny jego prawdziwego nawrócenia, prowadzącego do głębokiej pokory. Zrozumie, że problem był z jego wizją doskonałości, którą nazywał ortodoksją, zobaczy też, że ma słabości, które wymagają relacyjnego przyznania się do popełnionych błędów. Nawrócony narcyz pozwoli swojej żonie odejść, gdyż już wie, ile krzywdy zrobił i w końcu zrozumie, że prawdziwa miłość polega na wolności, a nie kurczowym trzymaniu wszystkich przy sobie, aby móc nimi władać i kontrolować. Kiedyś zasłaniał się przysięgą, że Cię nie opuszczę aż do śmierci, teraz wie, że już dawno złamał tę przysięgę, bo opuścił swoją kobietę emocjonalnie, kiedy ona tego najbardziej potrzebowała, bo ożenił się również ze swoja firmą, tłumacząc, że zabezpiecza przyszłość rodziny. Nie pamiętał też o pierwszej i najważniejszej przysiędze: miłości, bo jej nie rozumiał i nie umiał kochać. Nawrócić narcyza może tylko Bóg, choć robi to najczęściej odbierając mu wszystko.

Podsumowując, wygląda na to, że małżeństwo sakramentalne a ślub kościelny nie zawsze są ze sobą tożsame – bo pokazuje to już sama praktyka kościelna. Małżeństwo sakramentalne to zatem związek uczniów Chrystusa, których złączył i łączy Bóg – jest to relacja żywa, w której jeden z małżonków wsłuchuje się nieustannie w drugiego, aby uczynić go nie tyle lepszym, co szczęśliwszym.

Nikodem