Tag: psychologia
Bóg niespełnionych oczekiwań – J 10,31-42
W ostatnich dniach w liturgii przed Wielkim Tygodniem pojawiają się te fragmenty z Ewangelii według świętego Jana, w których toczy się zaciekły spór między Żydami a Jezusem. W pewnym momencie jest tak ostro, że Żydzi chwytają za kamienie, żeby ostatecznie się Jezusa pozbyć.
Wywiązuje się jednak dialog, w którym Jezus pokazuje sprzeczność ich myślenia: „za, który z czynów chcecie mnie ukamienować?”. Kamienowanie jest ostatecznym rozwiązaniem – jest to rodzaj bardzo bolesnej kary śmierci dokonanej fizycznie przez społeczność jako forma nieodwracalnego odrzucenia za najpoważniejsze przestępstwa. Żydzi nie mają jednak podstaw do kamieniowania, ponieważ sami są świadomi tego, że czyny Jezusa są dobre, ale nie potrafią znieść tego, że uważa się On za kogoś, kim, według nich, nie jest, czyli za Syna Bożego.
Jezus odrzuca oskarżenie, odwołując się do samego Pisma Świętego. Wywód rozpoczyna się od Psalmu 82,6: „Ja rzekłem: Bogami jesteście”. W Psalmie 82 Bóg oskarża grupę podległych Mu, sprawujących władzę ludzi o to, że w sądzeniu i działaniu sprzeniewierzyli się świętości. Bóg nazywa te osoby „bogami”, lecz w obliczu ich niesprawiedliwości i zepsucia mówi: „pomrzecie jak ludzie” (82,7). Jeśli więc Pismo Święte może nazywać kogoś mniejszego „bogami”, to o ileż bardziej tytuł Syna Bożego przynależy się Jezusowi, którego Ojciec uświęcił i który czyni cuda, które tylko sam Bóg może działać.
Dlatego tak naprawdę w tym sporze wcale nie chodzi o tytuł Syna Bożego. To jest tylko zasłona. Żydzi budzą demony, żeby się za nimi schować.
Mamy tutaj najpoważniejszy problem w życiu duchowym, czyli nietrafione oczekiwania wobec Boga bazujące na własnym starym pojmowaniu. Żydzi w tamtym czasie spodziewali się Mesjasza politycznego, który wyzwoliłby Naród Wybrany spod okupacji Rzymu i ustanowiłby nowe królestwo Izraela na kształt Królestwa Dawida. Przyjęliby Mesjasza, jeśli Ten spełniłby ich ziemskie oczekiwania. Jest to postawa w człowieku, która zgadza się na działanie Boga w życiu, ale po mojemu. Jeśli Bóg ma mnie zbawić, czyli doprowadzić do pełni szczęścia, to tylko po mojemu. Jeśli Bóg nie spełnia moich oczekiwań, no to się Go pozbędę, ukamienuję swoim perfekcjonizmem, czyli własną wizją świata.
Jezus jednak nigdy nie podporządkował się oczekiwaniom. Zawsze był wierny sobie, choć przyniosło Mu to cierpienie. Daje On nam jednak w tym piękną lekcje i wzór do naśladowania. Przypomina mi się tutaj wypowiedź kanadyjskiego lekarza Gabora Maté: Będziesz doświadczał bólu tak czy inaczej. Czasami w życiu nie ma bezbolesnych opcji. Który ból wybierzesz? Możesz doświadczać bólu poprzez tłumienie siebie, aby być akceptowanym; albo możesz być sobą, ale odczuwać ból bycia nieakceptowanym, czy wręcz odrzuconym. Tak czy owak, będziesz cierpieć, ale ból niebycia sobą ostatecznie jest o wiele większy i przewlekły, natomiast krótkotrwały ból bycia nieakceptowanym, ale pozostania sobą, przynosi wyzwolenie.
Jezus był wierny sobie i wytrzymywał ból odrzucenia. Bo jeśli ciebie nie akceptują za bycie sobą – nie ulegaj, nie obłaskawiaj, lecz WYTRZYMAJ! Powtarzaj sobie: Dezaprobata mi nie przeszkadza! Miej odwagę do zachowań, które mogą cię postawić w złym świetle. Wytrzymaj! Nie wzbudzaj w sobie wstydu, bo wzbudzanie wstydu sprawia, że porzucasz siebie i dostosowujesz się do innych. Naucz ludzi, których masz wokół siebie, jak mają cię traktować, bo nie jesteś spełniaczem ich oczekiwań. Nie jesteś niewolnikiem, lecz synem.
Jezus nie spełnił ludzkich oczekiwań, lecz pokazał świeże oblicze Ojca. Bóg objawił się w historii Izraela po trzykroć QADOSZ – Święty, Święty, Święty, czyli Inny, Inny, Inny. Nie wolno zamykać Go w kategoriach ludzkiego myślenia. On jest ponad prawem, ponad moralnością, ponad dogmatami, ponad pojęciami, ponad wyobraźnią i tak też objawiał się przez całą historię zbawienia. Nikomu za czasów Jezusa nie śniło się, że יהוה może się wcielić. Po trzykroć Święty nie może stać się człowiekiem, skoro nawet arcykapłan, wchodząc raz w roku do miejsca Najświętszego mógł umrzeć, dlatego przywiązywano go za kostkę sznurkiem, bo gdyby w kontakcie ze świętością Boga arcykapłan umarł, trzeba go by było wyciągnąć z Miejsca Najświętszego.
Pamiętam swoje doświadczenie, kiedy stwierdziłem, że wiem o Bogu bardzo wiele po skończeniu studiów teologicznych. Myślałem wtedy, że złapałem Pana Boga za nogi. Po późniejszych studiach biblijnych stwierdziłem jednak, że ja o Stwórcy to właściwie nic już nie wiem.
Najwięcej o Bogu wiedza moraliści i fanatycy religijni. Fanatyk zawsze wie lepiej i nawet nie daje się przez Boga zaskoczyć. Fanatyk ma bardzo skromną wiedzę o Bogu, ponieważ nie wynika ona z doświadczenia spotkania osobowego, lecz z wyuczonych regułek i przykazań. On o Bogu niby dużo wie, ale w ogóle Go nie spotkał. Dlatego jest różnica między prawdziwym uczniem Chrystusa a fanatykiem. Uczeń Chrystusa da się dla Niego porąbać, a fanatyk porąbie wszystkich.
Wiem, że muszę ćwiczyć się w głębokiej pokorze i wolności w podejściu do tego, kim jest Pan, bo na pewno się mylę. Wiem tylko, że jest Miłością, choć sam tę Miłość mogę źle pojmować i rozumieć ją na sposób ludzki. Nie mogę Boga definiować, ale mogę jedynie powiedzieć to, jak działał w moim życiu, dzielić się poznaniem Go w mojej drodze. Nie mogę jednak narzucać swojego poznania innym, bo wiem, że jest to tylko spectrum Jego istoty, skromny wycinek tego, co doświadczyło moje poznanie.
Strzeżmy się faryzeusza w sobie, który zawsze ma receptę na to, jak powinno być: jaki powinien być Bóg, jaki powinien być bliźni, jaki ja powinienem być. Pozwól Bogu działać, jak chce, nawet poza moralnością i prawem, bo On jest ponad tym wszystkim. Bo gdyby dzisiaj przyszedł Jezus, to Ty jako fanatyczny katol, ukrzyżowałbyś Go raz wtóry.
Nikodem
Podcasty Nikodema na kanale YouTube
Serdecznie zapraszam na mój kanał YouTube, gdzie będę zamieszczał również podcasty na temat Biblii, duchowości i psychologii chrześcijańskiej:
Łazarz i bogacz – Łk 16, 19-31
W Ewangelii św. Łukasza, w rozdziale szesnastym, jesteśmy świadkami pięknej przypowieści o Łazarzu i bogatym człowieku. Ten drugi przedstawiony jest na podobieństwo króla: ubierał się w purpurę i bisior, co więcej wystawnie ucztował nie tylko przy specjalnych okazjach, ale dzień w dzień. Bogacz był zatem człowiekiem, który potrafił żyć z rozmachem narcyza i hedonisty.
W przypowieści pojawia się także żebrak, którego egzystencja jest godna politowania: jest bardzo biedny i jest też chory, ponieważ był pokryty wrzodami, a wtedy choroby skóry uważano za klątwę pochodzącą od samego Boga. Jakby tego było mało, psy lizały jego wrzody. Najbardziej doskwierającą kwestią i wymagającą natychmiastowej interwencji jest jeszcze jeden problem żebraka, jest on przede wszystkim głodny i chce on nasycić się tym, co spadnie ze stołu bogacza. Czeka na resztki, które i tak tamten by wyrzucił.
W przypowieści znamy imię tego nieszczęśnika: Łazarz – hebr. ELEAZAR, czyli „Bóg wspomógł” (zob. 2Mch 8,23), choć patrząc na życie tego biedaka, ciężko w to uwierzyć, że Bóg go faktycznie wspomógł.
Zarówno na żebraka i na bogacza przychodzi śmierć. Bogacz może sobie pozwolić na wystawny pogrzeb, nawet umiera z godnością. Łazarz zaś odchodzi z tego świata jako żebrak, po śmierci jednak aniołowie zanoszą go na łono Abrahama. Widzimy zatem, że role się odwracają: Łazarz jest na łonie praojca, bogacz w Otchłani, to znaczy w Hadesie lub Szeolu. Tam cierpi męki pragnienia i prosi Abrahama, żeby się nad nim ulitował i wysłał Łazarza, aby ten przyniósł mu kroplę wody. Przepaść między Otchłanią a Abrahamowym łonem jest wprost proporcjonalna do życia w przepychu bogacza a stanem nędzy Łazarza. Ta przepaść jest wpisana cały czas w mentalność bogacza nawet w Szeolu, który nie prosi bezpośrednio Łazarza o pomoc, ale traktuje go jak sługę i zwraca się do Abrahama, aby ten posłał biedaka na ratunek.
W drugiej wymianie zdań ten bogaty nieszczęśnik prosi, by posłać Łazarza, aby ten ostrzegł pięciu braci bogacza w domu jego ojca. Abraham znowu jest dość zwięzły w odpowiedzi i stwierdza, że już mają wszystko, czego im potrzeba: Mojżesza (czyli Torę) i Proroków, ojciec wiary zatem kwituje, że wystarczy to, co jest, aby dotrzeć do prawdy, wystarczy tylko słuchać.
Trzecia prośba bogacza również zostaje odrzucona, bo nawet spektakularne wizje umarłych nie pomogą, jeśli ktoś nie chce słuchać.
Pierwsze znaczenie tej przypowieści jest rzeczywiście moralne, to znaczy, żeby troszczyć się o potrzeby ubogich, zwłaszcza kiedy sami opływamy w dobrobyt, który nawet może się już nudzić. Nabycie wrażliwości na potrzebujących jest cechą człowieczeństwa, jest cnotą, o której wiemy od zawsze. Oczywiście, że pozostaje jeszcze kwestia do zdefiniowania, kim jest dzisiaj ubogi, bo przecież wielu z nas ma słuszne wątpliwości co do zjawiska bezdomności z wyboru w naszym społeczeństwie. Potrzebujący, czy raczej głodny może być też ten, kto ma środki materialne, ale cierpi na przykład na głód relacji – co jest dużo powszechniejsze w dzisiejszym świecie. Faktycznie, nasze społeczeństwo cierpi na ogromną ilość żebraków emocjonalnych, ludzi samotnych, skrzywdzonych, porzuconych, którzy chcieliby odrobinę uwagi, szacunku i czułości od tych, którzy mają tego w nadmiarze.
Ale ja bym poszedł jeszcze głębiej w interpretacji tej przypowieści, zresztą uważam, że Ewangelię należy najpierw wewnętrznie przeżyć, doświadczyć Królestwa Bożego najpierw w sobie, zanim zdecyduję się je wprowadzać je na zewnątrz, wokół mnie.
Gdyby tak przyjąć, że owa przypowieść wydarza się we mnie, w mojej psyche, czyli duszy. Jest we mnie zarówno bogacz, czyli moje EGO jak i Łazarz – moja wrażliwość, wewnętrzne małe ja. Bogacz – EGO nie ma imienia, jego tożsamość stanowi to, w co się ubierze, czyli w maski, a ubiera się w szaty takie, żeby go ludzie podziwiali – purpura i bisior, czyli narcyzm i perfekcjonizm. Żeby zagłuszyć głos dobiegający spod bramy, czyli jęki własnego wewnętrznego dziecka, które jest bardzo głodne i które żebrze o miłość i uwagę, moje EGO zagłusza je faszerując się dopaminowo, czyli przyjemności, obżarstwo wieczorami przy filmie, uzależnienie od komórki, Internetu, sieci społecznościowych, zakupy, pornografia, alkohol, narkotyki itd.
Wewnętrzne rozdarcie cały czas jest, choć przykryte otępiającymi neurohormonami, które doprowadzają w końcu do straszliwej depresji, wypalenia, myśli samobójczych, śmierci psychicznej.
Tymczasem wystarczyłoby się nawrócić, czyli zwrócić uwagę w stronę swojej wrażliwej części, tej poranionej, z wrzodami wstydu i odrzucenia, temu dziecku DDA, które zawsze musiało być grzeczne, ciche, posłuszne, bez potrzeb, ratować sytuację w dysfunkcyjnej rodzinie, niepocieszone i zapomniane.
Nie chcę tego zrobić, ponieważ wewnętrzne dziecko nie jest mi w stanie oddać tego, czego żąda moje nadęte EGO. Boję się, ponieważ zwrócenie się w stronę tego małego Łazarza przyniesie mi tylko morze łez, ale muszę pamiętać, że za tym morzem znajduje się jednak stan Królestwa Niebieskiego.
Bo, parafrazując Gustawa Karola Junga, czy kiedykolwiek wątpiłem, że to prawe uczynki: dać jałmużnę biedakowi, przebaczyć temu, kto mnie obraża, a nawet miłować nieprzyjaciół w imię Chrystusa? Nie, ani razu podobne wątpliwości nie przychodzą mi do głowy, jestem bowiem przekonany, że cokolwiek uczynię najmniejszemu z braci, uczynię samemu Chrystusowi.
Co jednak, gdyby się okazało, że ostatni z braci, najbiedniejszy z biednych, najmniejszy i niedojrzały żyje we mnie i ze to ja sam potrzebuje własnej życzliwości, że ja sam jestem bezradnym dzieckiem, osieroconym, odrzuconym, który potrzebuje miłości – co wtedy?
Wówczas całe chrześcijańskie przesłanie zostaje wywrócone do góry nogami. Nie ma wówczas mowy o miłości i cierpliwości. Wtedy powiem „Raka” – czyli zamknij się! dziecku, które jest we mnie, i potępię w ten sposób samego siebie. Z pewnością ukrywam te zachowania przed światem, nie zmienia to jednak faktu, że odmawiam przyjęcia tego najmniejszego z otwartymi ramionami. I gdyby to sam Chrystus ukazał się we mnie, w tej zasługującej na pogardę dziecięcej sierocie żebrzącej o miłość, zaparłbym się Go tysiąc razy, nim zapiałby kogut!
Bez przyjęcia Łazarza w sobie nie wejdę do Królestwa Niebieskiego.
