Królestwo Boże jest w Was – Łk 17, 20-25

Faryzeusze pytają Jezusa o czas przyjścia Królestwa Bożego. Być może to pytanie faryzeuszów wzięło się stąd, że usłyszeli, iż Jezus nakazał uczniom modlić się słowami: „niech przyjdzie Twoje królestwo” w modlitwie „Ojcze nasz”. Odpowiadając im, Jezus wyjaśnia, że królestwo Boże nie przyjdzie w sposób dostrzegalny, a zatem nie chodzi o świat zewnętrzny, ani też nikt nie powie, że jest „tu” lub „tam”. Nie należy zatem szukać rzeczywistości królowania Bożego na zewnątrz, lecz jest pośród nas: ἡ Βασιλεία τοῦ Θεοῦ ἐντὸς ὑμῶν ἐστιν; ten przyimek miejsca ἐντός oznacza dokładniej: wewnątrz czegoś. Zatem Królestwo Boże JEST W NAS.

Królestwo Boże jest zatem rzeczywistością w sercu człowieka i tam należy najpierw szukać działania Boga. Dotyczy to życia duchowego, które przynosi owoce nade wszystko w człowieku, a nie w jego życiu zewnętrznym.

Kto z nas nie koncertował się w swojej religijności na prośbach skierowanych do Boga, aby otrzymać określone dobra zewnętrzne: pracę, zdrowie, mieszkanie, dziecko? Kto z nas nie doświadczył napięcia związanego z oczekiwaniem na wypełnieniem się próśb skierowanych do Boga, które nie doczekały się realizacji?

Jezus w dzisiejszej Ewangelii uświadamia nam, że moje prośby skierowane do Boga mają zmienić przede wszystkim mnie, Adonai zaprasza mnie do wiary i ufności. Oczekiwanie już w samo w sobie przynosi owoc, w postaci pogłębionej więzi z Bogiem. Pan wyzwala mnie w owym duchowym wyczekiwaniu z wewnętrznej egzystencjalnej samotności i porzucenia, obdarowuje mnie spotkaniem, które przynosi sens, nowe życie, właściwe powołanie, cenniejsze niż dobra, o które proszę.

Aby wprowadzić w mojej duszy królestwo Boże, często musi mnie Adonai przeprowadzić przez ból, który i tak we mnie jest od dawna, ale przykryty różnymi mechanizmami udawania, popisywania, samookłamywania, samooskarżania i samobiczowania i nadkompensacji. Ten ból ma jednak wymiar paschalny, za nim jest głęboki pokój i sycąca radość, które odczuwam nie na zewnątrz, lecz w sobie, głębiej niż sięga mój rozpędzony, nienażarty, poraniony umysł.

Królestwo Boże jest w nas.

Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił – Dz 11, 1-18

Rozdział jedenasty Dziejów Apostolskich zawiera powtórzenie historii Korneliusza, opisanej rozdział wcześniej, lecz tym razem z perspektywy Piotra z drobnymi zmianami. Nawrócenie Korneliusza było tak ważne dla starożytnego Kościoła, że było opisane przez św. Łukasza aż trzykrotnie (Dz 10; 11; 15).

Wieść o nawróceniu poganina dotarła do apostołów i braci w Judei. Tam niektórzy wierni, szczególnie pochodzenia żydowskiego, czyli tych przyzwyczajonych od urodzenia do przepisów i surowości, zaniepokoili się, że Piotr wszedł do domu nieobrzezanych, a na dodatek z nimi jadł. Według poglądów żydowskich wskutek takich kontaktów Żyd uległby skażeniu, ponieważ potrawy podawane w pogańskich domach były przygotowywane bez zachowania czystości rytualnej. Jeśli podana została potrawa mięsna, to mogła zwierać mięso zakazane przepisami Księgi Kapłańskiej, a te przepisy są dość surowe. Żeby jedzenie było KOSZER, zwierzę musiało być nawet zabite w odpowiedni sposób przepisany przez Torę, co nie było proste, więc jedzenie u pogan groziło zaciągnięciem grzechu nieczystości. Ponadto, braterstwo stołu postrzegano jako rodzaj duchowej wymiany, zatem jedzenie wspólne mogło być uważane jako udział w bałwochwalstwie. W każdym razie, prawi chrześcijanie pochodzenia żydowskiego widzieli niemal wszędzie zagrożenia duchowe, ponieważ przyzwyczaili się do obrazu Boga nakazów i zakazów, który surowo karze nieposłuszeństwo. Judaizm faryzejski wierzył w Boga, który mówi człowiekowi: Jeśli się nie podporządkujesz, umrzesz! Warto zapytać się, czy przypadkiem nie mam jeszcze takiej niewolniczej wiary w Boga, który wymagałby od nas jedynie podporządkowania lub zasługiwania, a jeśli tego nie zrobimy, umrzemy – jest to duchowość neurotyczna (lękowa).

W opisie tego, co się wydarzyło, Piotr powtarza własnymi słowami to, co otrzymał od Boga w widzeniu. Stwierdza, że modlił się i że ujrzał w zachwyceniu widzenie niebiańskie – widzenie to opisuje jako jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego z nieba. Zawierał on różne ziemskie zwierzęta, mianowicie domowe i dzikie, płazy i ptaki podniebne.

Głos powiedział Piotrowi: „Zabijaj i jedz” te zwierzęta. Piotr odrzuca początkowo propozycję, bo, choć nie był faryzeuszem, okazywał posłuszeństwo Prawu objawionemu przez Mojżesza (Kpł 11). Bóg w Torze zakazał jeść niektórych zwierząt i był to bardzo ważny zakaz, który doprowadził do męczeństwa Żydów za czasów panowania Hellenów w Judei (chodzi czas powstania Machabeuszy).

Bóg wypowiada wtedy najważniejsze słowa: „Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił”. Chodzi przede wszystkim o pogan, których Bóg zwolnił z przestrzegania Prawa Mojżeszowego. Pan oczyścił ich Duchem Świętym, nie zaś przepisami Tory.

W tym Czytaniu jesteśmy świadkami bardzo ważnej lekcji o Bogu, który potrafi działać ponad Prawem, które sam dał. Zwalnia z własnych nakazów i zakazów, ponieważ znajduje inną drogę do Siebie, a jest to droga mocy Ducha Świętego w człowieku, która nie podlega żadnym ludzkim schematom. Duch Święty jest jak wiatr, pozostaje wolny i nieskrępowany ludzkimi normami.

Dlatego warto w osobistej modlitwie zastanowić się, czy Bóg dzisiaj nie prowadzi mnie inaczej niż chciałaby to moja wyuczona religijność, być może poza prawem i przepisami, poza tym, co „wypada” w moim świecie; być może Duch Święty chce mnie prowadzić inaczej niż mówiło się w mojej rodzinie, czy kręgach dotychczasowych znajomych. Być może Bóg chce poprowadzić moje życie inaczej, a ja się opieram, bo nazywam tę „nową drogę” nieczystą?

Nikodem

Tylko w swojej ojczyźnie… – Mt 13, 54-58

Mateusz rozpoczyna tutaj nowy odcinek narracyjny. Po opuszczeniu Kafarnaum Jezus przybywa do swego rodzinnego miasta, Nazaretu, po raz pierwszy od uwięzienia Jana Chrzciciela. Naucza ludzi w synagodze, w której sam pobierał kiedyś nauki. Mieszkańcy Nazaretu są „zdziwieni”.  Nie jest to zaskakujące, ponieważ Jezus wcześniej zadziwiał swym nauczaniem, lecz tym razem zdumienie nie jest wyrazem otwartości i podziwu, lecz podejrzliwości i gniewu. Ludzie w jego mieście rodzinnym są zdumieni w tym znaczeniu, że zdecydowanie powątpiewają o Nim. Znają Jezusa i Jego rodzinę i nie mogą uwierzyć, że teraz jest wielkim prorokiem.

Jezus dokonał w Nazarecie niewielu cudów z powodu ich niedowiarstwa. Słowo określające tu „niedowiarstwo” nie oznacza „małej wiary”, bo ta wystarczy do cudów, lecz ten termin dosłownie oznacza „brak wiary”, którego Mateusz używa tylko do opisania tych, którzy sprzeciwiają się Jezusowi i Go odrzucają. Gdy ze swą małą wiarą zmagają się apostołowie, i faktycznie Jezus nazywa ich „ludźmi małej wiary”, to nie dla Chrystusa problem, ponieważ w opozycji do „małej wiary”, ludzie z rodzinnego miasta Jezusa są otwarcie niewierzący, powątpiewają o Nim i odrzucają Go.

Ludzie z Nazaretu pamiętają Jezusa jak był mały, kiedy był chłopcem, kiedy był jeszcze fizycznie niedojrzały, bo jako dziecko miał do tego prawo – był przecież człowiekiem. Nazaret jest zatem rzeczywistością, która pamięta moją niedojrzałość. Każdy ma swój Nazaret, czy to w domu rodzinnym, czy to przede wszystkim w głowie. Każdy może mieć myśli, które przeszkadzają mojemu nawróceniu, mojej przemianie, ponieważ są to myśli przypominające mi o mojej zamierzchłej niedojrzałości: o moich ranach, mojej słabości, moich grzechach, o tym, jak się sam wpakowywałem w tarapaty. Są myśli, które ciągle podcinają mi skrzydła, przypominając mi mój wstyd, moją śmieszność, moje nieustanne poczucie niewystarczalności, mój perfekcjonizm. Gdybym jednak nie miał odwagi i poddałbym się myślom mojego Nazaretu, które ciągle trzymałyby mnie w pętach zamierzchłej niedojrzałości, nie byłbym w stanie mówić homilii, pisać bloga, czy robić podcastów.

Choć ciągle towarzyszy mi poczucie niekompetencji, z racji starych zranień, nie chcę się temu poddać, choć te myśli i osądy „rodzinne” powracają, ale nie chcę się już im podporządkowywać. Głosić Ewangelię będę, nawet jeśli moi znajomi powiedzą, że jestem niekompetentny, bo mnie znają, kiedy byłem skrajnie niedojrzały. Oczywiście, że tych znajomych mam w głowie, bo nikt tak bardzo nie podcina mi skrzydeł, jak robię to sobie sam.

Nikodem

Ukrzyżuj!

Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski – tak brzmiał tytuł winy w oficjalnym dokumencie wydanym przez namiestnika Imperium Rzymskiego. Skazany na śmierć przez ukrzyżowanie, choć sędzia nie znalazł w Nim żadnej winy. Galilejczyk został oskarżony przed Rzymem o działalność przeciwko państwu: przywłaszczanie sobie godności królewskiej, zachęcanie do niepłacenia podatków do rzymskiego skarbca, wzniecanie niepokojów publicznych. Wszystkie te oskarżenia okazały się fałszywe, co przedstawiciel Rzymu potwierdził, lecz dla świętego spokoju skazał jednak Nazarejczyka. Kat wykonał karę śmierci, główna przyczyna zgonu: wykrwawienie, które zaczęło się już przy karze prewencyjnej – biczowaniu.

Wcześniej Jeszua urodzony w Betlejem został przesłuchiwany i skazany przez inną instancję – sąd religijny Starego Zakonu (mówiąc językiem staropolskim księdza Wujka SJ). Powód oskarżenia – bluźnierstwo.

Co doprowadziło do takiego obrotu sprawy? Spisek przełożonych religijnych Starego Zakonu.

Przyczyna spisku? Niespełnione oczekiwania. Nie był taki, jakim chcieli Go widzieć oraz zemsta za naruszenie tradycji, w której oligarchowie religijni już się wygodnie rozsiedli.

Jezus z Nazaretu został zabity na skutek zawiści ludzi, którzy bronili skostniałych zasad Starego Zakonu. Został także opuszczony przez swoich za to, że nie spełnił ich oczekiwań – nie tego się spodziewali po Mesjaszu.

 

Jezu, zamordowali Cię, bo byłeś wierny sobie. Nie dałeś się złamać. Prawo Boże miałeś wpisane w sercu, a nie w dokumentach. Opluli Cię, bo uwspółcześniałeś i aktualizowałeś przesłanie swojego Ojca, dostosowując do potrzeb osieroconych ludzi. Zostałeś spoliczkowany za to, że zawsze stawałeś w obronie człowieka cierpiącego i usprawiedliwiałeś grzeszników. Bili Cię za to, że dawałeś ludziom po porażce życiowej drugą szansę. Odarli Cię z szat dla upokorzenia, bo nie pozwoliłeś wzbudzać w sobie ani wstydu, ani poczucia winy, bo tym chcieli Tobą manipulować przełożeni Starego Zakonu. Odświeżyłeś wiarę, przyniosłeś Ducha, wyzwoliłeś z litery prawa a oni wydali Cię za to poganom na śmierć. Umiłowałeś do końca i zostawiłeś miłość jako jedyne przykazanie, wyzwalając spod jarzma zasługiwania, ciężaru religijności ananakstów, którym zależało tylko na władzy.

Nie bałeś się nie spełniać oczekiwań, nie bałeś się zachowań, które mogłyby Cię pokazać w złym świetle. Dźwigałeś ciężar opuszczenia, który najbardziej dotknął Cię w momencie śmierci, ale nie uległeś namowom poklasku.

Zostałeś zdradzony przez członka swojej wspólnoty, ale go nie wyrzuciłeś. Twój najbliższy współpracownik Piotr chciał Tobą sterować, bo ten wiedział lepiej, co jest dla Ciebie dobre, ale nie bałeś się postawić mu granic. Nikt Cię nie słuchał, kiedy mówiłeś o swoim cierpieniu, a kiedy przeżywałeś najgorszy wewnętrzny konflikt, w którym twoje ciało pękało w depresji Ogrojca, twoi najbliżsi spali, żeby nie musieć oglądać twego bólu.

W chwilach, kiedy przyszli po Ciebie oprawcy, wszyscy Cię opuścili, ale Ty im wybaczyłeś. Wybaczyłeś wszystkim, a nawet ich usprawiedliwiłeś i robisz to nadal w swoim Królestwie.

Dziękuję Ci Jezu, że zawsze byłeś Sobą… jesteś dla mnie niedościgłym Wzorem.

Nikodem

Bóg niespełnionych oczekiwań – J 10,31-42

W ostatnich dniach w liturgii przed Wielkim Tygodniem pojawiają się te fragmenty z Ewangelii według świętego Jana, w których toczy się zaciekły spór między Żydami a Jezusem. W pewnym momencie jest tak ostro, że Żydzi chwytają za kamienie, żeby ostatecznie się Jezusa pozbyć.

Wywiązuje się jednak dialog, w którym Jezus pokazuje sprzeczność ich myślenia: „za, który z czynów chcecie mnie ukamienować?”. Kamienowanie jest ostatecznym rozwiązaniem – jest to rodzaj bardzo bolesnej kary śmierci dokonanej fizycznie przez społeczność jako forma nieodwracalnego odrzucenia za najpoważniejsze przestępstwa. Żydzi nie mają jednak podstaw do kamieniowania, ponieważ sami są świadomi tego, że czyny Jezusa są dobre, ale nie potrafią znieść tego, że uważa się On za kogoś, kim, według nich, nie jest, czyli za Syna Bożego.

Jezus odrzuca oskarżenie, odwołując się do samego Pisma Świętego. Wywód rozpoczyna się od Psalmu 82,6: „Ja rzekłem: Bogami jesteście”. W Psalmie 82 Bóg oskarża grupę podległych Mu, sprawujących władzę ludzi o to, że w sądzeniu i działaniu sprzeniewierzyli się świętości. Bóg nazywa te osoby „bogami”, lecz w obliczu ich niesprawiedliwości i zepsucia mówi: „pomrzecie jak ludzie” (82,7). Jeśli więc Pismo Święte może nazywać kogoś mniejszego „bogami”, to o ileż bardziej tytuł Syna Bożego przynależy się Jezusowi, którego Ojciec uświęcił i który czyni cuda, które tylko sam Bóg może działać.

Dlatego tak naprawdę w tym sporze wcale nie chodzi o tytuł Syna Bożego. To jest tylko zasłona. Żydzi budzą demony, żeby się za nimi schować.

Mamy tutaj najpoważniejszy problem w życiu duchowym, czyli nietrafione oczekiwania wobec Boga bazujące na własnym starym pojmowaniu. Żydzi w tamtym czasie spodziewali się Mesjasza politycznego, który wyzwoliłby Naród Wybrany spod okupacji Rzymu i ustanowiłby nowe królestwo Izraela na kształt Królestwa Dawida. Przyjęliby Mesjasza, jeśli Ten spełniłby ich ziemskie oczekiwania. Jest to postawa w człowieku, która zgadza się na działanie Boga w życiu, ale po mojemu. Jeśli Bóg ma mnie zbawić, czyli doprowadzić do pełni szczęścia, to tylko po mojemu. Jeśli Bóg nie spełnia moich oczekiwań, no to się Go pozbędę, ukamienuję swoim perfekcjonizmem, czyli własną wizją świata.

Jezus jednak nigdy nie podporządkował się oczekiwaniom. Zawsze był wierny sobie, choć przyniosło Mu to cierpienie. Daje On nam jednak w tym piękną lekcje i wzór do naśladowania. Przypomina mi się tutaj wypowiedź kanadyjskiego lekarza Gabora Maté: Będziesz doświadczał bólu tak czy inaczej. Czasami w życiu nie ma bezbolesnych opcji. Który ból wybierzesz? Możesz doświadczać bólu poprzez tłumienie siebie, aby być akceptowanym; albo możesz być sobą, ale odczuwać ból bycia nieakceptowanym, czy wręcz odrzuconym. Tak czy owak, będziesz cierpieć, ale ból niebycia sobą ostatecznie jest o wiele większy i przewlekły, natomiast krótkotrwały ból bycia nieakceptowanym, ale pozostania sobą, przynosi wyzwolenie.

Jezus był wierny sobie i wytrzymywał ból odrzucenia. Bo jeśli ciebie nie akceptują za bycie sobą – nie ulegaj, nie obłaskawiaj, lecz WYTRZYMAJ! Powtarzaj sobie: Dezaprobata mi nie przeszkadza! Miej odwagę do zachowań, które mogą cię postawić w złym świetle. Wytrzymaj! Nie wzbudzaj w sobie wstydu, bo wzbudzanie wstydu sprawia, że porzucasz siebie i dostosowujesz się do innych. Naucz ludzi, których masz wokół siebie, jak mają cię traktować, bo nie jesteś spełniaczem ich oczekiwań. Nie jesteś niewolnikiem, lecz synem.

Jezus nie spełnił ludzkich oczekiwań, lecz pokazał świeże oblicze Ojca. Bóg objawił się w historii Izraela po trzykroć QADOSZŚwięty, Święty, Święty, czyli Inny, Inny, Inny. Nie wolno zamykać Go w kategoriach ludzkiego myślenia. On jest ponad prawem, ponad moralnością, ponad dogmatami, ponad pojęciami, ponad wyobraźnią i tak też objawiał się przez całą historię zbawienia. Nikomu za czasów Jezusa nie śniło się, że יהוה może się wcielić. Po trzykroć Święty nie może stać się człowiekiem, skoro nawet arcykapłan, wchodząc raz w roku do miejsca Najświętszego mógł umrzeć, dlatego przywiązywano go za kostkę sznurkiem, bo gdyby w kontakcie ze świętością Boga arcykapłan umarł, trzeba go by było wyciągnąć z Miejsca Najświętszego.

Pamiętam swoje doświadczenie, kiedy stwierdziłem, że wiem o Bogu bardzo wiele po skończeniu studiów teologicznych. Myślałem wtedy, że złapałem Pana Boga za nogi. Po późniejszych studiach biblijnych stwierdziłem jednak, że ja o Stwórcy to właściwie nic już nie wiem.

Najwięcej o Bogu wiedza moraliści i fanatycy religijni. Fanatyk zawsze wie lepiej i nawet nie daje się przez Boga zaskoczyć. Fanatyk ma bardzo skromną wiedzę o Bogu, ponieważ nie wynika ona z doświadczenia spotkania osobowego, lecz z wyuczonych regułek i przykazań. On o Bogu niby dużo wie, ale w ogóle Go nie spotkał. Dlatego jest różnica między prawdziwym uczniem Chrystusa a fanatykiem. Uczeń Chrystusa da się dla Niego porąbać, a fanatyk porąbie wszystkich.

Wiem, że muszę ćwiczyć się w głębokiej pokorze i wolności w podejściu do tego, kim jest Pan, bo na pewno się mylę. Wiem tylko, że jest Miłością, choć sam tę Miłość mogę źle pojmować i rozumieć ją na sposób ludzki. Nie mogę Boga definiować, ale mogę jedynie powiedzieć to, jak działał w moim życiu, dzielić się poznaniem Go w mojej drodze. Nie mogę jednak narzucać swojego poznania innym, bo wiem, że jest to tylko spectrum Jego istoty, skromny wycinek tego, co doświadczyło moje poznanie.

Strzeżmy się faryzeusza w sobie, który zawsze ma receptę na to, jak powinno być: jaki powinien być Bóg, jaki powinien być bliźni, jaki ja powinienem być. Pozwól Bogu działać, jak chce, nawet poza moralnością i prawem, bo On jest ponad tym wszystkim. Bo gdyby dzisiaj przyszedł Jezus, to Ty jako fanatyczny katol, ukrzyżowałbyś Go raz wtóry.

Nikodem

JESTEM, który JESTEM – Wj 3,1-15

Chciałbym dzisiaj skupić się na jednym z moich ulubionych fragmentów Starego Testamentu, czyli teofanii z Księgi Wyjścia, rozdziału trzeciego.

Rozpocznijmy od podsumowania życia Mojżesza do tego momentu. Mojżesz jest zbiegiem z Egiptu, ponieważ w obronie Hebrajczyka zabił Egipcjanina, bojąc się zaś zemsty Faraona ucieka na pustynie. Czterdzieści lat spędził w Egipcie na dworze Faraona, a potem następne czterdzieści na pustyni. Mojżesz nie czuje się ani Egipcjaninem, ani Hebrajczykiem, właściwie ma poczucie odrzucenia zarówno przez jednych, jak i przez drugich. Teraz zaś pasie nie swoje owce na pustyni.

Życie Mojżesza było monotonne, rutynowe i nudne. W ciasnym świecie swoich codziennych nawyków zbudował sobie jakieś poczucie bezpieczeństwa. Mojżesz wypracował je sobie już w solidnym wieku: w bierności, zrezygnowaniu i takim mimowolnym pogodzeniu się z tym, co jest. W jego duszy zrodziło się takie przekonanie: wystarczy, żeby się nic nie zmieniało – niech już będzie tak, jak jest – jest zgoda na święty spokój, ale życie wcale nie jest spełnione.

Mojżesz żyje na cudzy koszt. Jest pasterzem pustynnym owiec swego teścia Jetro. Zwróćmy uwagę, że Mojżesz zawsze zależał od kogoś potężniejszego lub większego, bo w głębi czuł się ogromnie niepewny i niezdolny do podejmowania odpowiedzialności za swój los.

Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Ten ranek był zupełnie inny od poprzednich, dlaczego? Ponieważ Mojżesz odważył się złamać to, co dawało mu owo minimalne poczucie bezpieczeństwa – złamał rutynę. Mojżesz wychodzi אַחַ֣ר הַמִּדְבָּ֔ר – poza pustynię!

Wychodząc poza pustynię Mojżesz odnajduje tam inną ziemię, być może wulkaniczną, ponieważ pochodzącą z Góry Horeb. Tam odnajduje najciekawszy i najważniejszy w historii ludzkości krzew jeżyny – הַסְּנֶ֑ה.

Wyjść poza pustynię – co to znaczy dla mnie? Dla Mojżesza było to odstawienie na chwile rutyny, schematów życia, spróbowania czegoś nowego, wyjście poza znane szlaki, zerwanie z monotonią. Przede wszystkim wiązało się to z przekroczeniem granic swego bezpieczeństwa. Bo faktycznie, wyjście poza pustynię oznacza odważne zakwestionowanie dotychczasowych schematów, które dają mi względne bezpieczeństwo: spełnianie oczekiwań innych, nawykowe przeglądanie sieci społecznościowych, objadanie się, unikanie relacji, ucieczka w sen, plotkowanie, krytykowanie siebie i innych, zamartwianie się, wyprzedzanie zranień, przywiązanie do utartego obrazu siebie, własnego EGO… warto tutaj zdefiniować, co jest moją pustynią? Gdzie i jak czuję się bezpiecznie na dzisiaj? Zapytam Boga, jak mogłoby wyglądać wyjście poza moją pustynię. Bo jeśli czegoś nie zmieniam, to się na to zgadam.

Krzew gorejący.

Czytelnik w Piśmie Świętym jest zwykle postacią uprzywilejowaną. Jest lepiej poinformowany od bohaterów danej historii. „Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego”, lecz czytelnik już wie, że to מַלְאַ֨ךְ יְהֹוָ֥ה – Anioł Boży.

To dziwne zjawisko przyciąga uwagę pasterza. Pojawia się w nim dziecięce uczucie ciekawości. To bardzo ważna lekcja dla nas, aby szanować w sobie dziecięce uczucia. W tym przypadku mamy ciekawość. Tajemnica tego zjawiska tkwi w pospolitym krzewie jeżyny – הַסְּנֶ֑ה, który powinien spłonąć bardzo szybko.

Żeby zbliżyć się do Boga, trzeba nieco zboczyć ze swojego codziennego kursu. Mojżesz decyduje się podejść do owego dziwnego zjawiska. Pamiętajmy, że postanowił on wcześniej wyjść poza pustynię (ciekawe, dlaczego? – czyżby poruszenie samego Pana?), a dopiero potem zauważył owo dziwne zjawisko, które skłoniło go do obserwacji i do podziwu. Zaczął też stawiać pytania, ponieważ drewno było bardzo słabe, dlaczego zatem ogień nie gaśnie? Zobaczmy, jak Bóg obejmuje ogniem istotę, lecz nie niszczy jej. Bóg zawsze płonie i nigdy się nie wyczerpuje.

Bóg przemawia.

Zaczynają się najważniejsze wersety w Księdze Wyjścia, najbardziej wyczekiwane, najbardziej wzruszające. Ten moment rozumieją wszyscy spragnieni Boga, którzy nieustannie wyczekują, aby Bóg do nich przemówił, nawiązał głębszą więź, nakarmił swoim słowem. To Słowo jest zerwaniem przekonania, że Bóg mnie opuścił, że nie zasłużyłem na Jego miłość. To Słowo jest przekonaniem o mojej wartości i godności, bo sam Stwórca pochylił się nade mną, żeby nawiązać kontakt. To Słowo zmienia wszystko, życie, całego człowieka, wprowadza nową perspektywę, jest powołaniem i nadaniem sensu. Dla takiego momentu warto czekać, warto żyć.

Bóg przemówił ze środka ognia, a nie z krzewu. Tutaj ważniejszy jest akt Słowa Boga, nie zaś krzew, który jest tylko obrazem. Słowo jest w centrum, nie zaś krzew.

Mojżeszu, Mojżeszu – tak zwraca się Adonai po imieniu, osobiście, Bóg nawet powtórzył imię Mojżesza, żeby nie było wątpliwości. Zbieg z ziemi Madian zdumiał się, słysząc swoje imię. W tym momencie doświadczył, że nie był sam swej samotności – Bóg wezwał go po imieniu ze środka jego samotności. Mojżesz tego właśnie potrzebował: przełamania samotności, w której zaczyna się teraz rodzić bliskość z Bogiem. Takiego sycącego chleba Mojżesz nie może odrzucić, dlatego odpowiada w duchu prorockim: הִנֵּֽנִי – Oto jestem!

Zdejm sandały!

„Nie zbliżaj się bez zdjęcia sandałów”. Bóg wyznacza dystans między obecnym życiem Mojżesza a Sobą. Sandały na pustyni były niezbędne, zwłaszcza jeśli chodzi o tę część skalistą, która raniła stopy. W tym imperatywie chciejmy usłyszeć: „zostaw dotychczasowe zabezpieczenia!”. Jest tutaj także pewna lekcja pokory. Jest to ziemia święta, należąca do Boga, na nią możesz wejść jedynie wyzuty, bez zabezpieczeń i masek – boso. Boso też musisz zwolnić, nie da się iść szybko, tempo będzie teraz nadawał Bóg. Trzeba zrezygnować też ze swego programu na życie, aby otworzyć się na nieoczekiwaną nowość.

Ubóstwo – w nim leży prawdziwe bogactwo człowieka przed Bogiem. Człowiek jest wartością samą w sobie, bez względu na to, co posiada, co zdobył i co zrobił – bo w tym jest niestety dużo własne EGO.

Wyzuć się to także ukazać własne ograniczenia, własne słabości, aby płomień Boży mógł je ogarnąć. Przed Bogiem nie ma udawania, nie ma puszenia się.

Sandały też nie są potrzebne, bo nie trzeba już wędrować, lecz należy zanurzyć się w głąb, aby kontemplować Słowo, w którym wyraża się jestestwo Boga.

Sandały też zdejmuje się w domu: Mojżeszu, zdejmij sandały, jesteś bowiem w domu. Mojżesz, który nigdzie nie czuł się u siebie, wszędzie czuł się przybłędą – odkrył nowy dom, a była to intymna relacja z יהוה.

Pan mówi następnie: „Jestem Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”. „Jestem Bogiem ojca twego” – Mojżeszu nie jesteś sierotą, nie jesteś przypadkiem, nie jesteś bez treści, nie wziąłeś się znikąd, nie jesteś niechciany. Masz tożsamość, przynależysz. Jestem Bogiem złączonym przymierzem zawartym z ojcem twoim Abrahamem, potwierdzonym z jego synami, Izaakiem a potem Jakubem. Przymierze jest przestrzenią dla ukazania wierności Boga, którą teraz ofiarowuje Mojżeszowi. Bóg odnawia tożsamość zbiega z Egiptu, jego poczucie przynależności, odnawia jego treść. A jego nowym domem staje się osobista relacja z יהוה.

„Dosyć napatrzyłem się na udrękę mego ludu”. Bóg zna twój ból.

יהוה określa się jako Bóg relacji: Abrahama, Izaaka i Jakuba. Jest On obecny w swoim posłańcu – ponieważ to Anioł przynosi obecność Boga. Jesteśmy świadkami tzw. pathos divinum – Boski patos, czyli to, co się w Bogu wydarza. Bóg przed Mojżeszem odkrywa swoje wnętrze, swoje uczucia – objawia, to co się w nim wydarzyło i mówi, że nigdy nie był obojętny.

Bóg napatrzył się – doskonale zna sytuację Izraela, którego nazywa SWOIM narodem. Bóg widzi przemoc i poznał cierpienie. Następnie mówi, że „schodzi” – w języku biblijnym oznacza to interwencję – יהוה zaczyna działać, aby przywrócić sprawiedliwość, wyzwolić naród (zbawić). Nie wyzwolić, żeby zostawić, ale wyzwolić i poprowadzić ku ziemi obiecanej. Ziemi szerokiej – w myśleniu semickim znaczy bezpiecznej, gdzie będzie miejsce dla wszystkich. Mleko – będzie tam miejsce dla pasterzy, miód – będzie tam miejsce dla rolników. Ziemia obiecana będzie żyzna zarówno dla pasterzy, jak i rolników.

Zobaczmy, że Pan Bóg już zaczął działać i to intensywnie, choć naród wybrany o tym jeszcze nie wie. Naród ciągle może mieć poczucie, że Bóg o nas zapomniał, ale czytelnik już wie, że Pan działa z całą mocą, powołując Mojżesza

JESTEM, KTÓRY JESTEM

אֶֽהְיֶ֖ה אֲשֶׁ֣ר אֶֽהְיֶ֑ה – idem per idem: to samo przez to samo. A=A Bóg jest niezdeterminowany.

W tej odpowiedzi Bóg ucieka od jakiejkolwiek definicji, to jest najgłębsze Imię Boga – Nieogarnięty, Niezdefiniowany. W tych słowach zawarta jest cała tajemnica – Bóg, który pozostaje w najwyższym stopniu wolny i zaskakujący, którego nie można zamknąć ani w regułkach, ani w prawie, ani w moralności, ani w przepisach, ani w dogmatach. Nie jest ograniczony żadną definicją, lecz zostawia otwarte drzwi, abyśmy mogli wciąż zgłębiać Jego niewyczerpaną tajemnicę. Do Boga trzeba podchodzić boso, odrzucając nie tylko sandały, lecz także nasze rozumienie.

יהוה podkreśla przede wszystkim swoje jestestwoOn jest, w przeciwieństwie do innych bogów. Bóg jednak daje się poznawać jedynie w drodze, przez swoje działania. Nie zdefiniujesz Go; nie zamkniesz w swoim pojmowaniu, lecz poznasz Go jako aktywnie towarzyszącego ci w drodze. Zobaczysz Mnie w działaniu – mówi Bóg. Pan jednak nigdy nie przestanie zaskakiwać – taki ma styl, zawsze będzie wymykał się naszemu rozumowi. Dlatego jest po trzykroć QADOSZ – Święty, Święty, Święty. Do Niego należy podchodzić z szacunkiem i pokorą.

יהוה objawia się Mojżeszowi jako wolny i wyzwalający. Otworzył Siebie na tyle, że pokazał jąkale swoje „rany”. Chciejmy kontemplować, jak Bóg żali się przed Mojżeszem, jak boleje nad cierpieniem swego ludu. Czekał na odpowiednią chwilę, żeby zbawić Izraelitów.

Mamy tutaj scenę intymności. Mojżesz został wezwany, aby podzielać boskie uczucia, identyfikując się z Jego planem wyzwolenia.

Imię Boga יהוה zawiera jedynie spółgłoski niewybuchowe – to znaczy w wymowie, które nie jest do końca znana, gdyż nie wolno było wypowiadać imię Boga, najbardziej przypomina oddech człowieka. Imię Boga wymawiamy jako pierwsze słowo w swoim życiu, tuż po urodzeniu i ostanie, jako ostatni oddech życia.

Bóg jest obecny nawet w twoim oddechu, nigdy nie jesteś sam.

Nikodem

 

Łazarz i bogacz – Łk 16, 19-31

W Ewangelii św. Łukasza, w rozdziale szesnastym, jesteśmy świadkami pięknej przypowieści o Łazarzu i bogatym człowieku. Ten drugi przedstawiony jest na podobieństwo króla: ubierał się w purpurę i bisior, co więcej wystawnie ucztował nie tylko przy specjalnych okazjach, ale dzień w dzień. Bogacz był zatem człowiekiem, który potrafił żyć z rozmachem narcyza i hedonisty.

W przypowieści pojawia się także żebrak, którego egzystencja jest godna politowania: jest bardzo biedny i jest też chory, ponieważ był pokryty wrzodami, a wtedy choroby skóry uważano za klątwę pochodzącą od samego Boga. Jakby tego było mało, psy lizały jego wrzody. Najbardziej doskwierającą kwestią i wymagającą natychmiastowej interwencji jest jeszcze jeden problem żebraka, jest on przede wszystkim głodny i chce on nasycić się tym, co spadnie ze stołu bogacza. Czeka na resztki, które i tak tamten by wyrzucił.

W przypowieści znamy imię tego nieszczęśnika: Łazarz – hebr. ELEAZAR, czyli „Bóg wspomógł” (zob. 2Mch 8,23), choć patrząc na życie tego biedaka, ciężko w to uwierzyć, że Bóg go faktycznie wspomógł.

Zarówno na żebraka i na bogacza przychodzi śmierć. Bogacz może sobie pozwolić na wystawny pogrzeb, nawet umiera z godnością. Łazarz zaś odchodzi z tego świata jako żebrak, po śmierci jednak aniołowie zanoszą go na łono Abrahama. Widzimy zatem, że role się odwracają: Łazarz jest na łonie praojca, bogacz w Otchłani, to znaczy w Hadesie lub Szeolu. Tam cierpi męki pragnienia i prosi Abrahama, żeby się nad nim ulitował i wysłał Łazarza, aby ten przyniósł mu kroplę wody. Przepaść między Otchłanią a Abrahamowym łonem jest wprost proporcjonalna do życia w przepychu bogacza a stanem nędzy Łazarza. Ta przepaść jest wpisana cały czas w mentalność bogacza nawet w Szeolu, który nie prosi bezpośrednio Łazarza o pomoc, ale traktuje go jak sługę i zwraca się do Abrahama, aby ten posłał biedaka na ratunek.

W drugiej wymianie zdań ten bogaty nieszczęśnik prosi, by posłać Łazarza, aby ten ostrzegł pięciu braci bogacza w domu jego ojca. Abraham znowu jest dość zwięzły w odpowiedzi i stwierdza, że już mają wszystko, czego im potrzeba: Mojżesza (czyli Torę) i Proroków, ojciec wiary zatem kwituje, że wystarczy to, co jest, aby dotrzeć do prawdy, wystarczy tylko słuchać.

Trzecia prośba bogacza również zostaje odrzucona, bo nawet spektakularne wizje umarłych nie pomogą, jeśli ktoś nie chce słuchać.

Pierwsze znaczenie tej przypowieści jest rzeczywiście moralne, to znaczy, żeby troszczyć się o potrzeby ubogich, zwłaszcza kiedy sami opływamy w dobrobyt, który nawet może się już nudzić. Nabycie wrażliwości na potrzebujących jest cechą człowieczeństwa, jest cnotą, o której wiemy od zawsze. Oczywiście, że pozostaje jeszcze kwestia do zdefiniowania, kim jest dzisiaj ubogi, bo przecież wielu z nas ma słuszne wątpliwości co do zjawiska bezdomności z wyboru w naszym społeczeństwie. Potrzebujący, czy raczej głodny może być też ten, kto ma środki materialne, ale cierpi na przykład na głód relacji – co jest dużo powszechniejsze w dzisiejszym świecie. Faktycznie, nasze społeczeństwo cierpi na ogromną ilość żebraków emocjonalnych, ludzi samotnych, skrzywdzonych, porzuconych, którzy chcieliby odrobinę uwagi, szacunku i czułości od tych, którzy mają tego w nadmiarze.

Ale ja bym poszedł jeszcze głębiej w interpretacji tej przypowieści, zresztą uważam, że Ewangelię należy najpierw wewnętrznie przeżyć, doświadczyć Królestwa Bożego najpierw w sobie, zanim zdecyduję się je wprowadzać je na zewnątrz, wokół mnie.

Gdyby tak przyjąć, że owa przypowieść wydarza się we mnie, w mojej psyche, czyli duszy. Jest we mnie zarówno bogacz, czyli moje EGO jak i Łazarz – moja wrażliwość, wewnętrzne małe ja. Bogacz – EGO nie ma imienia, jego tożsamość stanowi to, w co się ubierze, czyli w maski, a ubiera się w szaty takie, żeby go ludzie podziwiali – purpura i bisior, czyli narcyzm i perfekcjonizm. Żeby zagłuszyć głos dobiegający spod bramy, czyli jęki własnego wewnętrznego dziecka, które jest bardzo głodne i które żebrze o miłość i uwagę, moje EGO zagłusza je faszerując się dopaminowo, czyli przyjemności, obżarstwo wieczorami przy filmie, uzależnienie od komórki, Internetu, sieci społecznościowych, zakupy, pornografia, alkohol, narkotyki itd.

Wewnętrzne rozdarcie cały czas jest, choć przykryte otępiającymi neurohormonami, które doprowadzają w końcu do straszliwej depresji, wypalenia, myśli samobójczych, śmierci psychicznej.

Tymczasem wystarczyłoby się nawrócić, czyli zwrócić uwagę w stronę swojej wrażliwej części, tej poranionej, z wrzodami wstydu i odrzucenia, temu dziecku DDA, które zawsze musiało być grzeczne, ciche, posłuszne, bez potrzeb, ratować sytuację w dysfunkcyjnej rodzinie, niepocieszone i zapomniane.

Nie chcę tego zrobić, ponieważ wewnętrzne dziecko nie jest mi w stanie oddać tego, czego żąda moje nadęte EGO. Boję się, ponieważ zwrócenie się w stronę tego małego Łazarza przyniesie mi tylko morze łez, ale muszę pamiętać, że za tym morzem znajduje się jednak stan Królestwa Niebieskiego.

Bo, parafrazując Gustawa Karola Junga, czy kiedykolwiek wątpiłem, że to prawe uczynki: dać jałmużnę biedakowi, przebaczyć temu, kto mnie obraża, a nawet miłować nieprzyjaciół w imię Chrystusa? Nie, ani razu podobne wątpliwości nie przychodzą mi do głowy, jestem bowiem przekonany, że cokolwiek uczynię najmniejszemu z braci, uczynię samemu Chrystusowi.

Co jednak, gdyby się okazało, że ostatni z braci, najbiedniejszy z biednych, najmniejszy i niedojrzały żyje we mnie i ze to ja sam potrzebuje własnej życzliwości, że ja sam jestem bezradnym dzieckiem, osieroconym, odrzuconym, który potrzebuje miłości – co wtedy?

Wówczas całe chrześcijańskie przesłanie zostaje wywrócone do góry nogami. Nie ma wówczas mowy o miłości i cierpliwości. Wtedy powiem „Raka” – czyli zamknij się! dziecku, które jest we mnie, i potępię w ten sposób samego siebie. Z pewnością ukrywam te zachowania przed światem, nie zmienia to jednak faktu, że odmawiam przyjęcia tego najmniejszego z otwartymi ramionami. I gdyby to sam Chrystus ukazał się we mnie, w tej zasługującej na pogardę dziecięcej sierocie żebrzącej o miłość, zaparłbym się Go tysiąc razy, nim zapiałby kogut!

Bez przyjęcia Łazarza w sobie nie wejdę do Królestwa Niebieskiego.