Mojżesz i Ziemia Obiecana

Mojżesz jest jedną z najbardziej pasjonujących postaci w historii zbawienia. Człowiek o wielkich kontrastach, który łączy w sobie blaski i cienie. Przeżył na sobie wielkie sukcesy jak i straszliwe porażki. Jego oblicze zostało oświetlone światłem Horebu, lecz jednocześnie żył w mroku własnej samotności. Wybuchowy i cierpliwy. Człowiek ognia, ale wahał się stojąc przed skałą w Meriba. Olbrzym na glinianych nogach.

Jego życie było długim i żmudnym procesem. Miał wyprowadzić Naród Wybrany z niewoli Egipskiej i wprowadzić do Ziemi Obiecanej. Do Kanaanu jednak nie doszedł. Dlaczego Bóg nie pozwolił wejść Mojżeszowi do upragnionego celu?

Adonai obiecał Abrahamowi, że jego potomkowie odziedziczą Kanaan, a ta stanie się dla nich domem – Ziemią Obiecaną. Bóg spełnia swoją obietnicę, powołując Jozuego, który wprowadza Naród Wybrany do krainy „mleka i miodu”. Izraelczycy mogą się rozgaszczać w Kanaanie. W końcu nie są bezdomni.

A co z Mojżeszem? Przecież on dźwigał na swoich barkach cały ten naród o „twardym karku”? Jak wiele musiał wycierpieć przez niego. Raz chcieli go nawet ukamienować. Dlaczego powołany przez Boga nie wchodzi do Kanaanu? Ponieważ to nie była jego Ziemia Obiecana. Pan wybrał sobie tego wrażliwca po przejściach, aby On sam był Ziemią Obiecaną Mojżesza. To sam Stwórca był jego Obietnicą: JA BĘDĘ Z TOBĄ! Mojżesz nie odnalazł swojego domu ani w Egipcie, ani u Madianitów, ani na pustyni, ani w Kanaanie. Mojżesz odnalazł swój dom w Bogu.

Pełnię swojej Ziemi Obiecanej Mojżesz nie ujrzał na Górze Horeb ani w Nebo, gdzie został pochowany, lecz na Górze Tabor, gdzie przemienił się Syn Boga żywego. To tam, razem z Eliaszem, zbieg z ziemi Madian zobaczył spełnienie wszelkich obietnic Adonai. Bo ludzie oczyszczeni przez cierpienie, ukojenie odnajdują tylko w Bogu i Tam mają swój dom, a każda inna ojczyzna jest dla nich obcą ziemią. Mojżesz na Górze Tabor zobaczył żywą Obietnicę: EMMANUEL’a – Boga, który JEST z nami.

Nikodem

Wyrzekanie się radości

W kulturze, w której nieustannie kontempluje się niedostatek, brak poczucia bezpieczeństwa i pewności, radość staje się doznaniem, które wzbudza podejrzliwość i jest sabotowana. Bo gdy przychodzi jakieś niespodziewane dobro, pojawia się zaraz myśl: To zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Musi być w tym jakiś haczyk. My spodziewamy się lęku, wstydu i odrzucenia, lecz nie radosnych chwil, ponieważ zły duch zawsze koncertuje nas na potencjalnym braku. Dlatego wyrzekanie się radości staje się nieświadomie stosowanym mechanizmem obronnym. Łatwiej jest żyć rozczarowaniem niż czuć się rozczarowanym. Poświęcasz radość, lecz odczuwasz mniejsze cierpienie, bo nie chcesz być niemile zaskoczonym przez ból, dlatego „ćwiczymy w naszej wyobraźni tragedie”, sabotując w ten sposób radość.

Zapraszam do odsłuchania najnowszego podcastu:

Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił – Dz 11, 1-18

Rozdział jedenasty Dziejów Apostolskich zawiera powtórzenie historii Korneliusza, opisanej rozdział wcześniej, lecz tym razem z perspektywy Piotra z drobnymi zmianami. Nawrócenie Korneliusza było tak ważne dla starożytnego Kościoła, że było opisane przez św. Łukasza aż trzykrotnie (Dz 10; 11; 15).

Wieść o nawróceniu poganina dotarła do apostołów i braci w Judei. Tam niektórzy wierni, szczególnie pochodzenia żydowskiego, czyli tych przyzwyczajonych od urodzenia do przepisów i surowości, zaniepokoili się, że Piotr wszedł do domu nieobrzezanych, a na dodatek z nimi jadł. Według poglądów żydowskich wskutek takich kontaktów Żyd uległby skażeniu, ponieważ potrawy podawane w pogańskich domach były przygotowywane bez zachowania czystości rytualnej. Jeśli podana została potrawa mięsna, to mogła zwierać mięso zakazane przepisami Księgi Kapłańskiej, a te przepisy są dość surowe. Żeby jedzenie było KOSZER, zwierzę musiało być nawet zabite w odpowiedni sposób przepisany przez Torę, co nie było proste, więc jedzenie u pogan groziło zaciągnięciem grzechu nieczystości. Ponadto, braterstwo stołu postrzegano jako rodzaj duchowej wymiany, zatem jedzenie wspólne mogło być uważane jako udział w bałwochwalstwie. W każdym razie, prawi chrześcijanie pochodzenia żydowskiego widzieli niemal wszędzie zagrożenia duchowe, ponieważ przyzwyczaili się do obrazu Boga nakazów i zakazów, który surowo karze nieposłuszeństwo. Judaizm faryzejski wierzył w Boga, który mówi człowiekowi: Jeśli się nie podporządkujesz, umrzesz! Warto zapytać się, czy przypadkiem nie mam jeszcze takiej niewolniczej wiary w Boga, który wymagałby od nas jedynie podporządkowania lub zasługiwania, a jeśli tego nie zrobimy, umrzemy – jest to duchowość neurotyczna (lękowa).

W opisie tego, co się wydarzyło, Piotr powtarza własnymi słowami to, co otrzymał od Boga w widzeniu. Stwierdza, że modlił się i że ujrzał w zachwyceniu widzenie niebiańskie – widzenie to opisuje jako jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego z nieba. Zawierał on różne ziemskie zwierzęta, mianowicie domowe i dzikie, płazy i ptaki podniebne.

Głos powiedział Piotrowi: „Zabijaj i jedz” te zwierzęta. Piotr odrzuca początkowo propozycję, bo, choć nie był faryzeuszem, okazywał posłuszeństwo Prawu objawionemu przez Mojżesza (Kpł 11). Bóg w Torze zakazał jeść niektórych zwierząt i był to bardzo ważny zakaz, który doprowadził do męczeństwa Żydów za czasów panowania Hellenów w Judei (chodzi czas powstania Machabeuszy).

Bóg wypowiada wtedy najważniejsze słowa: „Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił”. Chodzi przede wszystkim o pogan, których Bóg zwolnił z przestrzegania Prawa Mojżeszowego. Pan oczyścił ich Duchem Świętym, nie zaś przepisami Tory.

W tym Czytaniu jesteśmy świadkami bardzo ważnej lekcji o Bogu, który potrafi działać ponad Prawem, które sam dał. Zwalnia z własnych nakazów i zakazów, ponieważ znajduje inną drogę do Siebie, a jest to droga mocy Ducha Świętego w człowieku, która nie podlega żadnym ludzkim schematom. Duch Święty jest jak wiatr, pozostaje wolny i nieskrępowany ludzkimi normami.

Dlatego warto w osobistej modlitwie zastanowić się, czy Bóg dzisiaj nie prowadzi mnie inaczej niż chciałaby to moja wyuczona religijność, być może poza prawem i przepisami, poza tym, co „wypada” w moim świecie; być może Duch Święty chce mnie prowadzić inaczej niż mówiło się w mojej rodzinie, czy kręgach dotychczasowych znajomych. Być może Bóg chce poprowadzić moje życie inaczej, a ja się opieram, bo nazywam tę „nową drogę” nieczystą?

Nikodem

Tylko w swojej ojczyźnie… – Mt 13, 54-58

Mateusz rozpoczyna tutaj nowy odcinek narracyjny. Po opuszczeniu Kafarnaum Jezus przybywa do swego rodzinnego miasta, Nazaretu, po raz pierwszy od uwięzienia Jana Chrzciciela. Naucza ludzi w synagodze, w której sam pobierał kiedyś nauki. Mieszkańcy Nazaretu są „zdziwieni”.  Nie jest to zaskakujące, ponieważ Jezus wcześniej zadziwiał swym nauczaniem, lecz tym razem zdumienie nie jest wyrazem otwartości i podziwu, lecz podejrzliwości i gniewu. Ludzie w jego mieście rodzinnym są zdumieni w tym znaczeniu, że zdecydowanie powątpiewają o Nim. Znają Jezusa i Jego rodzinę i nie mogą uwierzyć, że teraz jest wielkim prorokiem.

Jezus dokonał w Nazarecie niewielu cudów z powodu ich niedowiarstwa. Słowo określające tu „niedowiarstwo” nie oznacza „małej wiary”, bo ta wystarczy do cudów, lecz ten termin dosłownie oznacza „brak wiary”, którego Mateusz używa tylko do opisania tych, którzy sprzeciwiają się Jezusowi i Go odrzucają. Gdy ze swą małą wiarą zmagają się apostołowie, i faktycznie Jezus nazywa ich „ludźmi małej wiary”, to nie dla Chrystusa problem, ponieważ w opozycji do „małej wiary”, ludzie z rodzinnego miasta Jezusa są otwarcie niewierzący, powątpiewają o Nim i odrzucają Go.

Ludzie z Nazaretu pamiętają Jezusa jak był mały, kiedy był chłopcem, kiedy był jeszcze fizycznie niedojrzały, bo jako dziecko miał do tego prawo – był przecież człowiekiem. Nazaret jest zatem rzeczywistością, która pamięta moją niedojrzałość. Każdy ma swój Nazaret, czy to w domu rodzinnym, czy to przede wszystkim w głowie. Każdy może mieć myśli, które przeszkadzają mojemu nawróceniu, mojej przemianie, ponieważ są to myśli przypominające mi o mojej zamierzchłej niedojrzałości: o moich ranach, mojej słabości, moich grzechach, o tym, jak się sam wpakowywałem w tarapaty. Są myśli, które ciągle podcinają mi skrzydła, przypominając mi mój wstyd, moją śmieszność, moje nieustanne poczucie niewystarczalności, mój perfekcjonizm. Gdybym jednak nie miał odwagi i poddałbym się myślom mojego Nazaretu, które ciągle trzymałyby mnie w pętach zamierzchłej niedojrzałości, nie byłbym w stanie mówić homilii, pisać bloga, czy robić podcastów.

Choć ciągle towarzyszy mi poczucie niekompetencji, z racji starych zranień, nie chcę się temu poddać, choć te myśli i osądy „rodzinne” powracają, ale nie chcę się już im podporządkowywać. Głosić Ewangelię będę, nawet jeśli moi znajomi powiedzą, że jestem niekompetentny, bo mnie znają, kiedy byłem skrajnie niedojrzały. Oczywiście, że tych znajomych mam w głowie, bo nikt tak bardzo nie podcina mi skrzydeł, jak robię to sobie sam.

Nikodem