Zapraszam do najnowszego podcastu:
Kategoria: Duchowość
JESTEM, który JESTEM – Wj 3,1-15
Chciałbym dzisiaj skupić się na jednym z moich ulubionych fragmentów Starego Testamentu, czyli teofanii z Księgi Wyjścia, rozdziału trzeciego.
Rozpocznijmy od podsumowania życia Mojżesza do tego momentu. Mojżesz jest zbiegiem z Egiptu, ponieważ w obronie Hebrajczyka zabił Egipcjanina, bojąc się zaś zemsty Faraona ucieka na pustynie. Czterdzieści lat spędził w Egipcie na dworze Faraona, a potem następne czterdzieści na pustyni. Mojżesz nie czuje się ani Egipcjaninem, ani Hebrajczykiem, właściwie ma poczucie odrzucenia zarówno przez jednych, jak i przez drugich. Teraz zaś pasie nie swoje owce na pustyni.
Życie Mojżesza było monotonne, rutynowe i nudne. W ciasnym świecie swoich codziennych nawyków zbudował sobie jakieś poczucie bezpieczeństwa. Mojżesz wypracował je sobie już w solidnym wieku: w bierności, zrezygnowaniu i takim mimowolnym pogodzeniu się z tym, co jest. W jego duszy zrodziło się takie przekonanie: wystarczy, żeby się nic nie zmieniało – niech już będzie tak, jak jest – jest zgoda na święty spokój, ale życie wcale nie jest spełnione.
Mojżesz żyje na cudzy koszt. Jest pasterzem pustynnym owiec swego teścia Jetro. Zwróćmy uwagę, że Mojżesz zawsze zależał od kogoś potężniejszego lub większego, bo w głębi czuł się ogromnie niepewny i niezdolny do podejmowania odpowiedzialności za swój los.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Ten ranek był zupełnie inny od poprzednich, dlaczego? Ponieważ Mojżesz odważył się złamać to, co dawało mu owo minimalne poczucie bezpieczeństwa – złamał rutynę. Mojżesz wychodzi אַחַ֣ר הַמִּדְבָּ֔ר – poza pustynię!
Wychodząc poza pustynię Mojżesz odnajduje tam inną ziemię, być może wulkaniczną, ponieważ pochodzącą z Góry Horeb. Tam odnajduje najciekawszy i najważniejszy w historii ludzkości krzew jeżyny – הַסְּנֶ֑ה.
Wyjść poza pustynię – co to znaczy dla mnie? Dla Mojżesza było to odstawienie na chwile rutyny, schematów życia, spróbowania czegoś nowego, wyjście poza znane szlaki, zerwanie z monotonią. Przede wszystkim wiązało się to z przekroczeniem granic swego bezpieczeństwa. Bo faktycznie, wyjście poza pustynię oznacza odważne zakwestionowanie dotychczasowych schematów, które dają mi względne bezpieczeństwo: spełnianie oczekiwań innych, nawykowe przeglądanie sieci społecznościowych, objadanie się, unikanie relacji, ucieczka w sen, plotkowanie, krytykowanie siebie i innych, zamartwianie się, wyprzedzanie zranień, przywiązanie do utartego obrazu siebie, własnego EGO… warto tutaj zdefiniować, co jest moją pustynią? Gdzie i jak czuję się bezpiecznie na dzisiaj? Zapytam Boga, jak mogłoby wyglądać wyjście poza moją pustynię. Bo jeśli czegoś nie zmieniam, to się na to zgadam.
Krzew gorejący.
Czytelnik w Piśmie Świętym jest zwykle postacią uprzywilejowaną. Jest lepiej poinformowany od bohaterów danej historii. „Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego”, lecz czytelnik już wie, że to מַלְאַ֨ךְ יְהֹוָ֥ה – Anioł Boży.
To dziwne zjawisko przyciąga uwagę pasterza. Pojawia się w nim dziecięce uczucie ciekawości. To bardzo ważna lekcja dla nas, aby szanować w sobie dziecięce uczucia. W tym przypadku mamy ciekawość. Tajemnica tego zjawiska tkwi w pospolitym krzewie jeżyny – הַסְּנֶ֑ה, który powinien spłonąć bardzo szybko.
Żeby zbliżyć się do Boga, trzeba nieco zboczyć ze swojego codziennego kursu. Mojżesz decyduje się podejść do owego dziwnego zjawiska. Pamiętajmy, że postanowił on wcześniej wyjść poza pustynię (ciekawe, dlaczego? – czyżby poruszenie samego Pana?), a dopiero potem zauważył owo dziwne zjawisko, które skłoniło go do obserwacji i do podziwu. Zaczął też stawiać pytania, ponieważ drewno było bardzo słabe, dlaczego zatem ogień nie gaśnie? Zobaczmy, jak Bóg obejmuje ogniem istotę, lecz nie niszczy jej. Bóg zawsze płonie i nigdy się nie wyczerpuje.
Bóg przemawia.
Zaczynają się najważniejsze wersety w Księdze Wyjścia, najbardziej wyczekiwane, najbardziej wzruszające. Ten moment rozumieją wszyscy spragnieni Boga, którzy nieustannie wyczekują, aby Bóg do nich przemówił, nawiązał głębszą więź, nakarmił swoim słowem. To Słowo jest zerwaniem przekonania, że Bóg mnie opuścił, że nie zasłużyłem na Jego miłość. To Słowo jest przekonaniem o mojej wartości i godności, bo sam Stwórca pochylił się nade mną, żeby nawiązać kontakt. To Słowo zmienia wszystko, życie, całego człowieka, wprowadza nową perspektywę, jest powołaniem i nadaniem sensu. Dla takiego momentu warto czekać, warto żyć.
Bóg przemówił ze środka ognia, a nie z krzewu. Tutaj ważniejszy jest akt Słowa Boga, nie zaś krzew, który jest tylko obrazem. Słowo jest w centrum, nie zaś krzew.
Mojżeszu, Mojżeszu – tak zwraca się Adonai po imieniu, osobiście, Bóg nawet powtórzył imię Mojżesza, żeby nie było wątpliwości. Zbieg z ziemi Madian zdumiał się, słysząc swoje imię. W tym momencie doświadczył, że nie był sam swej samotności – Bóg wezwał go po imieniu ze środka jego samotności. Mojżesz tego właśnie potrzebował: przełamania samotności, w której zaczyna się teraz rodzić bliskość z Bogiem. Takiego sycącego chleba Mojżesz nie może odrzucić, dlatego odpowiada w duchu prorockim: הִנֵּֽנִי – Oto jestem!
Zdejm sandały!
„Nie zbliżaj się bez zdjęcia sandałów”. Bóg wyznacza dystans między obecnym życiem Mojżesza a Sobą. Sandały na pustyni były niezbędne, zwłaszcza jeśli chodzi o tę część skalistą, która raniła stopy. W tym imperatywie chciejmy usłyszeć: „zostaw dotychczasowe zabezpieczenia!”. Jest tutaj także pewna lekcja pokory. Jest to ziemia święta, należąca do Boga, na nią możesz wejść jedynie wyzuty, bez zabezpieczeń i masek – boso. Boso też musisz zwolnić, nie da się iść szybko, tempo będzie teraz nadawał Bóg. Trzeba zrezygnować też ze swego programu na życie, aby otworzyć się na nieoczekiwaną nowość.
Ubóstwo – w nim leży prawdziwe bogactwo człowieka przed Bogiem. Człowiek jest wartością samą w sobie, bez względu na to, co posiada, co zdobył i co zrobił – bo w tym jest niestety dużo własne EGO.
Wyzuć się to także ukazać własne ograniczenia, własne słabości, aby płomień Boży mógł je ogarnąć. Przed Bogiem nie ma udawania, nie ma puszenia się.
Sandały też nie są potrzebne, bo nie trzeba już wędrować, lecz należy zanurzyć się w głąb, aby kontemplować Słowo, w którym wyraża się jestestwo Boga.
Sandały też zdejmuje się w domu: Mojżeszu, zdejmij sandały, jesteś bowiem w domu. Mojżesz, który nigdzie nie czuł się u siebie, wszędzie czuł się przybłędą – odkrył nowy dom, a była to intymna relacja z יהוה.
Pan mówi następnie: „Jestem Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”. „Jestem Bogiem ojca twego” – Mojżeszu nie jesteś sierotą, nie jesteś przypadkiem, nie jesteś bez treści, nie wziąłeś się znikąd, nie jesteś niechciany. Masz tożsamość, przynależysz. Jestem Bogiem złączonym przymierzem zawartym z ojcem twoim Abrahamem, potwierdzonym z jego synami, Izaakiem a potem Jakubem. Przymierze jest przestrzenią dla ukazania wierności Boga, którą teraz ofiarowuje Mojżeszowi. Bóg odnawia tożsamość zbiega z Egiptu, jego poczucie przynależności, odnawia jego treść. A jego nowym domem staje się osobista relacja z יהוה.
„Dosyć napatrzyłem się na udrękę mego ludu”. Bóg zna twój ból.
יהוה określa się jako Bóg relacji: Abrahama, Izaaka i Jakuba. Jest On obecny w swoim posłańcu – ponieważ to Anioł przynosi obecność Boga. Jesteśmy świadkami tzw. pathos divinum – Boski patos, czyli to, co się w Bogu wydarza. Bóg przed Mojżeszem odkrywa swoje wnętrze, swoje uczucia – objawia, to co się w nim wydarzyło i mówi, że nigdy nie był obojętny.
Bóg napatrzył się – doskonale zna sytuację Izraela, którego nazywa SWOIM narodem. Bóg widzi przemoc i poznał cierpienie. Następnie mówi, że „schodzi” – w języku biblijnym oznacza to interwencję – יהוה zaczyna działać, aby przywrócić sprawiedliwość, wyzwolić naród (zbawić). Nie wyzwolić, żeby zostawić, ale wyzwolić i poprowadzić ku ziemi obiecanej. Ziemi szerokiej – w myśleniu semickim znaczy bezpiecznej, gdzie będzie miejsce dla wszystkich. Mleko – będzie tam miejsce dla pasterzy, miód – będzie tam miejsce dla rolników. Ziemia obiecana będzie żyzna zarówno dla pasterzy, jak i rolników.
Zobaczmy, że Pan Bóg już zaczął działać i to intensywnie, choć naród wybrany o tym jeszcze nie wie. Naród ciągle może mieć poczucie, że Bóg o nas zapomniał, ale czytelnik już wie, że Pan działa z całą mocą, powołując Mojżesza
JESTEM, KTÓRY JESTEM
אֶֽהְיֶ֖ה אֲשֶׁ֣ר אֶֽהְיֶ֑ה – idem per idem: to samo przez to samo. A=A Bóg jest niezdeterminowany.
W tej odpowiedzi Bóg ucieka od jakiejkolwiek definicji, to jest najgłębsze Imię Boga – Nieogarnięty, Niezdefiniowany. W tych słowach zawarta jest cała tajemnica – Bóg, który pozostaje w najwyższym stopniu wolny i zaskakujący, którego nie można zamknąć ani w regułkach, ani w prawie, ani w moralności, ani w przepisach, ani w dogmatach. Nie jest ograniczony żadną definicją, lecz zostawia otwarte drzwi, abyśmy mogli wciąż zgłębiać Jego niewyczerpaną tajemnicę. Do Boga trzeba podchodzić boso, odrzucając nie tylko sandały, lecz także nasze rozumienie.
יהוה podkreśla przede wszystkim swoje jestestwo – On jest, w przeciwieństwie do innych bogów. Bóg jednak daje się poznawać jedynie w drodze, przez swoje działania. Nie zdefiniujesz Go; nie zamkniesz w swoim pojmowaniu, lecz poznasz Go jako aktywnie towarzyszącego ci w drodze. Zobaczysz Mnie w działaniu – mówi Bóg. Pan jednak nigdy nie przestanie zaskakiwać – taki ma styl, zawsze będzie wymykał się naszemu rozumowi. Dlatego jest po trzykroć QADOSZ – Święty, Święty, Święty. Do Niego należy podchodzić z szacunkiem i pokorą.
יהוה objawia się Mojżeszowi jako wolny i wyzwalający. Otworzył Siebie na tyle, że pokazał jąkale swoje „rany”. Chciejmy kontemplować, jak Bóg żali się przed Mojżeszem, jak boleje nad cierpieniem swego ludu. Czekał na odpowiednią chwilę, żeby zbawić Izraelitów.
Mamy tutaj scenę intymności. Mojżesz został wezwany, aby podzielać boskie uczucia, identyfikując się z Jego planem wyzwolenia.
Imię Boga יהוה zawiera jedynie spółgłoski niewybuchowe – to znaczy w wymowie, które nie jest do końca znana, gdyż nie wolno było wypowiadać imię Boga, najbardziej przypomina oddech człowieka. Imię Boga wymawiamy jako pierwsze słowo w swoim życiu, tuż po urodzeniu i ostanie, jako ostatni oddech życia.
Bóg jest obecny nawet w twoim oddechu, nigdy nie jesteś sam.
Nikodem
Podcasty Nikodema na kanale YouTube
Serdecznie zapraszam na mój kanał YouTube, gdzie będę zamieszczał również podcasty na temat Biblii, duchowości i psychologii chrześcijańskiej:
Łazarz i bogacz – Łk 16, 19-31
W Ewangelii św. Łukasza, w rozdziale szesnastym, jesteśmy świadkami pięknej przypowieści o Łazarzu i bogatym człowieku. Ten drugi przedstawiony jest na podobieństwo króla: ubierał się w purpurę i bisior, co więcej wystawnie ucztował nie tylko przy specjalnych okazjach, ale dzień w dzień. Bogacz był zatem człowiekiem, który potrafił żyć z rozmachem narcyza i hedonisty.
W przypowieści pojawia się także żebrak, którego egzystencja jest godna politowania: jest bardzo biedny i jest też chory, ponieważ był pokryty wrzodami, a wtedy choroby skóry uważano za klątwę pochodzącą od samego Boga. Jakby tego było mało, psy lizały jego wrzody. Najbardziej doskwierającą kwestią i wymagającą natychmiastowej interwencji jest jeszcze jeden problem żebraka, jest on przede wszystkim głodny i chce on nasycić się tym, co spadnie ze stołu bogacza. Czeka na resztki, które i tak tamten by wyrzucił.
W przypowieści znamy imię tego nieszczęśnika: Łazarz – hebr. ELEAZAR, czyli „Bóg wspomógł” (zob. 2Mch 8,23), choć patrząc na życie tego biedaka, ciężko w to uwierzyć, że Bóg go faktycznie wspomógł.
Zarówno na żebraka i na bogacza przychodzi śmierć. Bogacz może sobie pozwolić na wystawny pogrzeb, nawet umiera z godnością. Łazarz zaś odchodzi z tego świata jako żebrak, po śmierci jednak aniołowie zanoszą go na łono Abrahama. Widzimy zatem, że role się odwracają: Łazarz jest na łonie praojca, bogacz w Otchłani, to znaczy w Hadesie lub Szeolu. Tam cierpi męki pragnienia i prosi Abrahama, żeby się nad nim ulitował i wysłał Łazarza, aby ten przyniósł mu kroplę wody. Przepaść między Otchłanią a Abrahamowym łonem jest wprost proporcjonalna do życia w przepychu bogacza a stanem nędzy Łazarza. Ta przepaść jest wpisana cały czas w mentalność bogacza nawet w Szeolu, który nie prosi bezpośrednio Łazarza o pomoc, ale traktuje go jak sługę i zwraca się do Abrahama, aby ten posłał biedaka na ratunek.
W drugiej wymianie zdań ten bogaty nieszczęśnik prosi, by posłać Łazarza, aby ten ostrzegł pięciu braci bogacza w domu jego ojca. Abraham znowu jest dość zwięzły w odpowiedzi i stwierdza, że już mają wszystko, czego im potrzeba: Mojżesza (czyli Torę) i Proroków, ojciec wiary zatem kwituje, że wystarczy to, co jest, aby dotrzeć do prawdy, wystarczy tylko słuchać.
Trzecia prośba bogacza również zostaje odrzucona, bo nawet spektakularne wizje umarłych nie pomogą, jeśli ktoś nie chce słuchać.
Pierwsze znaczenie tej przypowieści jest rzeczywiście moralne, to znaczy, żeby troszczyć się o potrzeby ubogich, zwłaszcza kiedy sami opływamy w dobrobyt, który nawet może się już nudzić. Nabycie wrażliwości na potrzebujących jest cechą człowieczeństwa, jest cnotą, o której wiemy od zawsze. Oczywiście, że pozostaje jeszcze kwestia do zdefiniowania, kim jest dzisiaj ubogi, bo przecież wielu z nas ma słuszne wątpliwości co do zjawiska bezdomności z wyboru w naszym społeczeństwie. Potrzebujący, czy raczej głodny może być też ten, kto ma środki materialne, ale cierpi na przykład na głód relacji – co jest dużo powszechniejsze w dzisiejszym świecie. Faktycznie, nasze społeczeństwo cierpi na ogromną ilość żebraków emocjonalnych, ludzi samotnych, skrzywdzonych, porzuconych, którzy chcieliby odrobinę uwagi, szacunku i czułości od tych, którzy mają tego w nadmiarze.
Ale ja bym poszedł jeszcze głębiej w interpretacji tej przypowieści, zresztą uważam, że Ewangelię należy najpierw wewnętrznie przeżyć, doświadczyć Królestwa Bożego najpierw w sobie, zanim zdecyduję się je wprowadzać je na zewnątrz, wokół mnie.
Gdyby tak przyjąć, że owa przypowieść wydarza się we mnie, w mojej psyche, czyli duszy. Jest we mnie zarówno bogacz, czyli moje EGO jak i Łazarz – moja wrażliwość, wewnętrzne małe ja. Bogacz – EGO nie ma imienia, jego tożsamość stanowi to, w co się ubierze, czyli w maski, a ubiera się w szaty takie, żeby go ludzie podziwiali – purpura i bisior, czyli narcyzm i perfekcjonizm. Żeby zagłuszyć głos dobiegający spod bramy, czyli jęki własnego wewnętrznego dziecka, które jest bardzo głodne i które żebrze o miłość i uwagę, moje EGO zagłusza je faszerując się dopaminowo, czyli przyjemności, obżarstwo wieczorami przy filmie, uzależnienie od komórki, Internetu, sieci społecznościowych, zakupy, pornografia, alkohol, narkotyki itd.
Wewnętrzne rozdarcie cały czas jest, choć przykryte otępiającymi neurohormonami, które doprowadzają w końcu do straszliwej depresji, wypalenia, myśli samobójczych, śmierci psychicznej.
Tymczasem wystarczyłoby się nawrócić, czyli zwrócić uwagę w stronę swojej wrażliwej części, tej poranionej, z wrzodami wstydu i odrzucenia, temu dziecku DDA, które zawsze musiało być grzeczne, ciche, posłuszne, bez potrzeb, ratować sytuację w dysfunkcyjnej rodzinie, niepocieszone i zapomniane.
Nie chcę tego zrobić, ponieważ wewnętrzne dziecko nie jest mi w stanie oddać tego, czego żąda moje nadęte EGO. Boję się, ponieważ zwrócenie się w stronę tego małego Łazarza przyniesie mi tylko morze łez, ale muszę pamiętać, że za tym morzem znajduje się jednak stan Królestwa Niebieskiego.
Bo, parafrazując Gustawa Karola Junga, czy kiedykolwiek wątpiłem, że to prawe uczynki: dać jałmużnę biedakowi, przebaczyć temu, kto mnie obraża, a nawet miłować nieprzyjaciół w imię Chrystusa? Nie, ani razu podobne wątpliwości nie przychodzą mi do głowy, jestem bowiem przekonany, że cokolwiek uczynię najmniejszemu z braci, uczynię samemu Chrystusowi.
Co jednak, gdyby się okazało, że ostatni z braci, najbiedniejszy z biednych, najmniejszy i niedojrzały żyje we mnie i ze to ja sam potrzebuje własnej życzliwości, że ja sam jestem bezradnym dzieckiem, osieroconym, odrzuconym, który potrzebuje miłości – co wtedy?
Wówczas całe chrześcijańskie przesłanie zostaje wywrócone do góry nogami. Nie ma wówczas mowy o miłości i cierpliwości. Wtedy powiem „Raka” – czyli zamknij się! dziecku, które jest we mnie, i potępię w ten sposób samego siebie. Z pewnością ukrywam te zachowania przed światem, nie zmienia to jednak faktu, że odmawiam przyjęcia tego najmniejszego z otwartymi ramionami. I gdyby to sam Chrystus ukazał się we mnie, w tej zasługującej na pogardę dziecięcej sierocie żebrzącej o miłość, zaparłbym się Go tysiąc razy, nim zapiałby kogut!
Bez przyjęcia Łazarza w sobie nie wejdę do Królestwa Niebieskiego.
Większa sprawiedliwość – Mt 5,20-26
Ewangelia wg św. Mateusza została napisana w określonym kontekście, który trzeba znać, żeby ją dobrze rozumieć, bez zbyt pochopnego nakładania kategorii myślowych współczesnego człowieka. Jest ona klasyczną Ewangelią eklezjalną. We wczesnym Kościele cieszyła się największą popularnością, to ją czytano najczęściej podczas nabożeństw i najczęściej też komentowano.
Napisał ją najprawdopodobniej judeochrześcijanin z drugiego pokolenia po Chrystusie. Znał dobrze grekę, był otwarty na pogan; mamy 80-90 rok w Antiochii, mieście, w którym obok chrześcijan żyli Żydzi, Grecy i inne grupy etniczne.
W żadnej z pozostałych Ewangelii nie odnajdujemy tak wielu odniesień do prawa żydowskiego, i też żaden z pozostałych Ewangelistów nie ukazał postaci Jezusa tak bardzo osadzonego w realiach judaizmu. Jezus jest tym, który podaje autentyczną wykładnię Prawa.
Jednocześnie w żadnej z pozostałych Ewangelii nie znajdujemy tak ostrej krytyki Żydów; to na podstawie tej Ewangelii zarzucano chrześcijanom antysemityzm. W niej znajdujemy obraz sądu Bożego, tutaj pojawia się fundamentalny podział na złych i dobrych. Mateusz także nie koncentruje się na szczęściu tu na ziemi, które z zasady jest pełne cierpienia; on z zdwojoną siłą akcentuje życie wieczne. Dlaczego tak?
Po zburzeniu Jerozolimy w roku siedemdziesiątym przedstawiciele judaizmu, którymi byli już wtedy głównie faryzeusze, na soborze w Jabne (90/95) wykluczyli judeochrześcijan. Do tej pory chrześcijanie mieli status „sekty” – hairesis, taką samą jak saduceusze, faryzeusze, esseni, zeloci – sekta w sensie dozwolona interpretacja judaizmu, nie ma znaczenia negatywnego, jak dzisiaj.
Gmina św. Mateusza boleśnie przeżywała owo wykluczenie. Przypomnijmy, że uczniowie Jezusa spełniali normalnie praktyki pobożne, jak przystało na wierzącego Żyda, choćby modlitwa w świątyni Jerozolimskiej, chodzenie do synagog. Miłość do Jezusa nie wykluczała wiary w Jahwe, ale ją pogłębiała.
Kiedy już nie było świątyni, zanikł też kult, więc także kapłani przestali istnieć. Zatem uczeni w Piśmie i faryzeusze jeszcze bardziej podporządkowali całe życie surowym przepisom i w ten sposób mogli zachować dawną tradycję, już bez świątyni. Zaś młody ruch chrześcijański doświadczył Ducha, nowego rozkwitu proroctwa, wielkiego wyzwolenia ku miłości, więc zaostrzenie przepisów w ogóle im nie było potrzebne, a wręcz mogło zaszkodzić chrześcijaństwu.
I na tej przestrzeni zaczęło mocno zgrzytać – rozumienie tradycji i przepisów. Pokutuje tutaj myślenie, że czym nałożę sobie większe ciężary, tym bardziej się Bogu przypodobam. Zasłużę na zbawienie, odkupię grzechy, już bez przebłagalni, która spłonęła w roku 70 po Chrystusie.
Jeśli Pan Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, że nasza sprawiedliwość ma być większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, to nie chodzi, żebyśmy bardziej przestrzegali przepisów moralnych, ale żebyśmy do moralności podchodzili inaczej. Abyśmy przestali w końcu patrzeć na moralność jako coś zewnętrznego, to znaczy: jak ja się jawie na zewnątrz. Życie w poczuciu ciągłej obserwacji, czy spełniam oczekiwania, czy nie? Czujemy się obserwowani przez Boga, który miałby nas pilnować i rozliczać. Duchowość w stylu: żeby się dostać przynajmniej do czyśćca. Takie nakładanie na siebie kagańca moralnego, pomimo, że cały czas mam w sobie nieuporządkowane uczucia i pragnienia, które kierują mnie w kierunku, którego moje superego mi zabrania. Na zewnątrz jestem grzeczny, ale żyję w nieustannym konflikcie wewnętrznym, bo nie pozwalam sobie na to, co chcę, bo boję się kary Bożej lub osądu ludzkiego, a najczęściej boję się trawiącego mnie potem poczucia winy.
Tymczasem Jezus to wszystko przeakcentowuje. To znaczy, nie skupiaj się na byciu grzecznym na zewnątrz, tylko zacznij w końcu przyglądać się swemu sercu. Jest tam dużo niewyrażonych zranień, pragnień, gniewu, nieprzebaczenia – to wszystko wymaga uleczenia, oczywiście nie samemu – wnętrze leczymy w relacji. Pozwól Jezusowi siebie uleczyć od środka, a potem sam Pan Jezus uzdolni Cię do postępowania moralnego, bez tej faryzejskiej pychy, polegającej na tym, że sobie sam wypracowałeś cnoty.
Jezus mówi, że mamy się pogodzić ze swoim przeciwnikiem. Często tą osoba, z którą mam się pogodzić, to jestem ja sam, w swojej wrażliwości, taki mały, kruchy i poraniony, zepchnięty w lochy podświadomości, a w jaźni jest tylko moje wielkie ja – faryzejskie, żeby mnie ludzie podziwiali jaki jestem super. Jeśli będziesz super, ludzie dadzą ci co najwyżej podziw, ale nie dadzą ci miłości. Umrzesz z wielkim nagrobkiem, ale samotnie. Bo pokochać można tylko człowieka autentycznego, pogodzonego z własnym wnętrzem, nie wstydzącego się własnej wrażliwości.
Nikodem
Ślub kościelny a małżeństwo sakramentalne – Mk 10,1-12
W piątkowej Ewangelii mamy bardzo delikatną kwestię rozwodów. Podjęcie się tego tematu jest dość ryzykowne, bo mogę zostać źle zrozumiany, lecz chciałbym wyrazić jedynie pewną wątpliwość związaną z kwestią małżeństwa sakramentalnego. Będę poruszał się jedynie w przestrzeni duchowej, a nie dyscypliny kościelnej, której nie chcę zmieniać czy naruszać. Rozumiem jednak ból życia w nieudanym małżeństwie z perspektywy bezbronnej istoty (dziecka) i zadaję pytania, czy Bóg tego faktycznie chciał…
Zacznę od najważniejszych słów Chrystusa tej perykopy: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” – myślę, że jest to fundament rozumienia małżeństwa sakramentalnego.
Pytanie, czy wszystkie związki zawarte formalnie w kościele złączył Bóg? Czy sam fakt pięknej ceremonii w budynku kościelnym, w obecności urzędnika ze stułą rzeczywiście potwierdza, że sam Stwórca połączył tych ludzi, dopóki śmierć ich nie rozłączy? No oczywiście, że NIE bo, po pierwsze, młodzi ludzie bardzo często wcale się Boga nie pytają i nie rozeznają, czy relacja z osobą, z którą zawieram związek małżeński jest Jego wolą. Po drugie, istnieje coś takiego jak stwierdzenie nieważności małżeństwa, to znaczy, że instytucja Kościoła może stwierdzić, po przeprowadzeniu procesu, że związek kiedyś zawarty w kościele nie jest i nie był nigdy małżeństwem sakramentalnym. Tych stwierdzeń nieważności jest coraz więcej, nawet tam, gdzie są dzieci. Więc życie, praktyka a nawet samo prawo kościelne pokazują, że nie wszystkie związki zawarte w kościele są sakramentalne, bo przecież coraz częściej po latach Kościół stwierdza sakramentalną nieważność takiego związku.
Moim zdaniem, małżeństwo sakramentalne nie powinno być rozumiane wyłącznie w kategoriach prawa rzymskiego czy żydowskiego, czyli jako czysto ludzka umowa, polegająca na formule przysięgi, kursy, podpisy i świadkowie. Myślę, że ludzi, których naprawdę Bóg złączył, nie tyle jednoczy przysięga wymagana przez prawo, lecz nieustanna, codziennie budowana miłość wzajemna. Taką relację Bóg nie tylko złączył, ale nieustannie łączy, bo Bóg jest miłością. Jeśli takiego mężczyznę i kobietę łączy Bóg i to widać, jak bardzo się kochają, jak bardzo przez lata karmią się tą świętą relacją, to niech nikt z zewnątrz nie ich rozdziela, a wczasach Jezusa zdarzały się rozwody ze względu na zawirowania majątkowe, kiedy na przykład ojcowie chcieli zerwać małżeństwo swoich dzieci, bo znaleźli lepszą partię dla syna czy córki. Małżeństwa w czasach Jezusa nie były rozumiane w kategoriach duchowych, lecz budowane na zasadzie kontraktu dwóch rodzin. Zdarzało się niszczenie związków ludzi, którzy naprawdę się kochali, lecz żądza władzy i bogactwa rodziców gwałciła to, co już zostało zbudowane na miłości, czyli Bogu. Także w czasach Jezusa i nie tylko, małżeństwa były zrywane niekiedy od zewnątrz, przez destrukcyjny wpływ np. rodziny. Poza tym Pan Jezus chciał chronić przede wszystkim kobiety, ponieważ rozwiedziona nie była tak chroniona jak dzisiaj i mogła być pozbawiona środków do życia. W kontrakcie małżeńskim mężczyzna był uprzywilejowany.
Chcę jeszcze powiedzieć jedną rzecz w tej kwestii, którą tak pięknie podkreślał znany włoski aktor Roberto Benigni: dojrzały małżonek w prawdziwym związku sakramentalnym nie chce czynić swojej żony lepszą (ponieważ on tylko siebie chce uczynić lepszym człowiekiem); Mąż Boży chce swoją żonę uczynić przede wszystkim szczęśliwszą i w tym wszystkim jest odzwierciedleniem samego Boga w stosunku do nas.
Uważam, że wiele związków „kościelnych” da się uratować, tak aby stały się prawdziwymi małżeństwami sakramentalnymi. Wymaga to jednak najpierw osobistego głębokiego nawrócenia każdego z małżonków, potem zaś wspólnego pojednania.
Natomiast, wiem z doświadczenia, że jest jeden typ ludzi, którzy praktycznie nie są zdolni do zwarcia prawdziwego małżeństwa sakramentalnego, jest to osoba narcystyczna. Narcyz wejdzie w związek małżeński w kościele i będzie bronił tzw. przysięgi małżeńskiej rozumianej oczywiście po swojemu za wszelką cenę. Jego czyny jednak pokazały, że cały czas wykorzystywał swoją żonę (zdecydowanie częściej narcyzami są mężczyźni) do karmienia własnego rozdętego ego, upokarzając, stosując przemoc słowną, osaczając i wzbudzając nieustanne poczucie winy, zwłaszcza wtedy, kiedy kobieta zaczynała się wyzwalać ze szponów oprawcy. Narcyz żywi się innymi, zwłaszcza słabszymi i zależnymi i nie widzi swoich najgłębszych grzechów, bo jego ego mu je przysłania. Ustawia tak rzeczywistość i innych, żeby być uwielbianym, bo żywi się podziwem i adoracją. Nienawidzi krytyki wobec własnej osoby, zaraz przerzuci ją na ciebie. Narcyz jest w stanie nawet omamić spowiednika czy kierownika duchowego, a nawet terapeutę, żeby ten był po jego stronie, a niedoświadczony ksiądz czy terapeuta może potwierdzić oprawcę. Narcyz na zewnątrz może prowadzić życie religijne, mieć super-tradycyjne poglądy, nawet służyć przy ołtarzu, jednak w domu pod płaszczykiem przykazań będzie gnębił najbliższych z potrzeby władzy i kontroli, gdyż ta daje mu ukojenie. Narcyz ma zawsze receptę jaka żona powinna być i jakie dzieci powinny być, a że oni nie dorastają do jego wizji, zarzuca ich karami, krzykiem czy podnoszeniem głosu, obrażaniem się i poczuciem winy.
Myślę, że w przypadku narcyza lepiej jest, że jego małżeństwo się rozpadnie, że jego firma zacznie się walić, ponieważ może być to punkt zwrotny jego prawdziwego nawrócenia, prowadzącego do głębokiej pokory. Zrozumie, że problem był z jego wizją doskonałości, którą nazywał ortodoksją, zobaczy też, że ma słabości, które wymagają relacyjnego przyznania się do popełnionych błędów. Nawrócony narcyz pozwoli swojej żonie odejść, gdyż już wie, ile krzywdy zrobił i w końcu zrozumie, że prawdziwa miłość polega na wolności, a nie kurczowym trzymaniu wszystkich przy sobie, aby móc nimi władać i kontrolować. Kiedyś zasłaniał się przysięgą, że Cię nie opuszczę aż do śmierci, teraz wie, że już dawno złamał tę przysięgę, bo opuścił swoją kobietę emocjonalnie, kiedy ona tego najbardziej potrzebowała, bo ożenił się również ze swoja firmą, tłumacząc, że zabezpiecza przyszłość rodziny. Nie pamiętał też o pierwszej i najważniejszej przysiędze: miłości, bo jej nie rozumiał i nie umiał kochać. Nawrócić narcyza może tylko Bóg, choć robi to najczęściej odbierając mu wszystko.
Podsumowując, wygląda na to, że małżeństwo sakramentalne a ślub kościelny nie zawsze są ze sobą tożsame – bo pokazuje to już sama praktyka kościelna. Małżeństwo sakramentalne to zatem związek uczniów Chrystusa, których złączył i łączy Bóg – jest to relacja żywa, w której jeden z małżonków wsłuchuje się nieustannie w drugiego, aby uczynić go nie tyle lepszym, co szczęśliwszym.
Nikodem
Zejdź mi z oczu, Szatanie! – Mk 8, 27-33
Wydarzenie opisywane przez Ewangelistę dzieje się w okolicach Cezarei Filipowej, miejscowości na północy Izraela, gdzie znajdowało się sanktuarium wyroczni greckiej związanej z bogiem Panem (Pan: pół kozioł – pół człowiek). Wcześniej było to sanktuarium kananejskiego boga Baala. To w tych rejonach, bo zapewne do samej miejscowości Jezus nie wszedł (jako pobożny Żyd nie mógł kalać się wejściem do nieczystego miasta), zadaje pytanie uczniom: za kogo uważają go tłumy, a potem oni sami.
W odpowiedziach uczniów widać, że ludzie uważają Jezusa za kogoś znaczącego, ale jedynie przypisując mu rolę przygotowawczą. Ludzie oczekiwali spektakularności, politycznego wyzwolenia, więc jeszcze nie widzą w Jezusie Mesjasza, bo ten nie ma cech wodza wojskowego, który rozpocząłby powstanie i przegnał Rzymian, ustanawiając nowe królestwo Izraela.
Dopiero Piotr odpowiada: Ty jesteś Mesjasz! – to znaczy, że Piotr uznaje w Jezusie rolę najważniejszego wysłannika Boga, choć jeszcze jej nie rozumie. Jezus surowo zakazuje ujawniania, że jest Mesjaszem – jest to tzw. sekret Mesjański, ponieważ ludzie mają zbyt ziemskie myślenie o Mesjaszu, podobnie jak uczniowie, a myśleć ziemsko o Mesjaszu to myśleć ziemsko o zbawieniu: czyli, że Bóg rozwiąże wszystkie moje ziemskie problemy i da mi zasłużony dobrobyt – jakby to był jedyny cel życia i właściwe błogosławieństwo.
Wtedy Jezus koryguje rozumienie mesjanizmu wprowadzając motyw, którego nikt nie chce: odrzucenie, krzyż, cierpienie i śmierć. Na końcu jest oczywiście zmartwychwstanie, ale to do nikogo nie dociera, zwłaszcza do Piotra. Jezus tak naprawdę zaczyna konkretnie mówić o wymiarze paschalnym.
Kto jednak chce cierpieć? Uczniowie nie chcieli się zgodzić na taką drogę Syna Człowieczego, bo wiedzieli, że oni też będą cierpieć, kiedy Go zabraknie. Podobnie z nami, kiedy Bóg zaczyna działać w naszym życiu w sposób paschalny – czyli najbardziej skuteczny, bo wtedy zradza się w nas nowe życie, lecz musi nas przeprowadzić przez krzyż. To rodzi bunt, bo nikt cierpieć nie chce, choć cierpienie paschalne jest bólem porodowym, nie agonalnym. Do najpełniejszej przemiany – do zmartwychwstania, trzeba przejść przez krzyż. Jeśli ktoś decyduje się porządnie naprawić swoje życie musi coś zmienić, a to boli. Już podjęcie się psychoterapii boli, bo przecież trzeba na nowo dotknąć ran i się otworzyć. Podjęcie decyzji o przerwaniu toksycznej relacji boli niemiłosiernie. Lęk antycypacyjny, czyli lęk przyszłość jest cierpieniem; poradzenie sobie z samotnością – podobnie. Walka o własną tożsamość bardzo boli, bo ludzie na okrągło osądzają nas, a najgorzej jest w kręgach religijnych, bo ci zawsze mają receptę na wszystko pod płaszczykiem przykazań i woli Bożej. Ale najbardziej boli jednak zdrada siebie, która jest podporządkowaniem się z lęku przed odrzuceniem – to jest coś, czego Jezus chce uniknąć.
Piotr mu mówi: nie przyjdzie to na Ciebie. Upomina Jezusa w taki sposób, żeby Mistrz podporządkował się ludzkiej wizji zbawienia poprzez sukces. Piotr tutaj synchronizuje się ze złym duchem, który tak właśnie kusił samego Syna Bożego: nie idź na krzyż! A potem: zejdź z Krzyża!
Dlatego Jezus mówi: „Zejdź mi z oczu, Szatanie!” choć po grecku jest ὀπίσω μου, czyli stań za mną – są to słowa, które Jezus wypowiadał przy powołaniu uczniów. Stań za mną! Piotrze, masz iść za mną, a nie mówić Mi, co mam robić, bo myślisz po ludzku i chcesz za wszelką cenę uniknąć cierpienia. Teologia sukcesu bez bólu jest diabelska. Pan Bóg umieścił najcudowniejsze łaski po drugiej stronie cierpienia. Jeśli przejdziesz przez bramę bólu, czeka Cię radość paschalna nowego życia.
Nikodem
Korban! – Mk 7, 1-13
Ewangelia Marka jest uważana za pierwszą spisaną Dobrą Nowinę. Powstała prawdopodobnie w Rzymie z osobistego świadectwa św. Piotra. W dzisiejszym Słowie pojawia się zarzut uczonych w Piśmie i faryzeuszy, że uczniowie Jezusa nie zachowują tradycji starszych. Już nie chcę wnikać w te zwyczaje, które wypływały z niezrozumienia ducha Tory, a także z nadinterpretacji przepisów Prawa, bazującej na chorym pojmowania czystości rytualnej.
Korban to hebrajskie słowo oznaczające ofiarę lub dar poświęcony Bogu. Jezus odwołuje się tutaj do zwyczaju, zgodnie z którym można było złożyć ślub, który zakłada odkładanie pewnej kwoty jako odroczony w czasie dar na rzecz świątyni. Jeśli ktoś złożył tego typu ślub jeszcze za życia swych rodziców, tak przeznaczonych pieniędzy nie mógł już użyć na wsparcie dla nich (pamiętajmy, że nie ma emerytur). Uczeni w Piśmie ślub ten uznawali za bezwzględnie wiążący, nawet jeśli kłócił się on ze świętym obowiązkiem wynikającym z IV przykazania. Krytyka Jezusa nie dotyczy raczej tego, czy można z tego ślubu zwolnić, czy nie. Krytycyzm naszego Pana dotyczy raczej praktyki, w ramach której ktoś narcystycznie popisuje się swoją religijnością, zobowiązuje się publicznie do uczynienia ogromnego datku na świątynię, nie dbając o podstawowe potrzeby życiowe swoich rodziców. Zyskuje na publicznym szacunku – dbam o święte! Dbam o świątynię. A nie dbam o najbliższych, którzy już nie mają z czego się odwdzięczyć, bo są starzy i schorowani. Zewnętrznie będę za to podziwiany, rodzina cierpi jednak w milczeniu.
Skąd takie skłonności w człowieku? Przecież nie jest to jedynie problem Żydów sprzed dwóch tysięcy lat.
Moim zdaniem wszystko zaczęło się od grzechu pierworodnego – od owego prastarego zranienia, które wpłynęło na nasze umysły. Na świat weszło też cierpienie, nie tylko jako konsekwencja naszych działań, ale także to niezasłużone, niesprawiedliwe – to niezaprzeczalny fakt, że ludzie cierpią często niesprawiedliwie, a to rodzi pytanie do Boga, niejednokrotnie przybierające formę krzyku do nieba. W judaizmie starożytnym przyjęto, że niemal każde cierpienie ma swoje źródło w grzechu osobistym (nawet jeśli Księga Hioba mówi co innego), jeśli nie twoim, to twoich rodziców, przodków – tak było z niewidomym od urodzenia (por. J 9,1-41). Skoro tak się sprawy mają, należałoby Bogu za wszelką cenę zrekompensować popełnione zło nawet to in spe, czyli możliwe w przyszłości, spodziewane. Pojawiła się zatem koncepcja zasługiwania. Zasłużę sobie na Bożą przychylność będąc grzecznym, prawym, nieskazitelnym – wypełniając przykazania, a nawet je rozwijając i zaostrzając. Bóg daje 10 przykazań, a judaizm za czasów Jezusa posiadał już 613 przepisów.
Tę ludzką skłonność do zasługiwania nazywam duchem anankastycznym, czyli sposobem radzenia sobie z lękiem poprzez władzę i kontrolę. Wypełniając przepisy, surowość życia, modlitwy nastawione na ilość, przekupując Boga, jest tak naprawdę dążeniem człowieka do posiadania władzy i kontroli nad samym Bogiem.
To myślenie w duchowości judaizmu poszło za daleko. Żydzi mnożyli coraz więcej przykazań, coraz więcej zasad, nazywali to tradycją a naród coraz bardziej cierpiał, mając na sobie ciężary nie do udźwignięcia. Bóg jednak zszedł na ziemię, żeby się z tym rozprawić.
Dzisiejsze ostre słowa Jezusa pokazują niebezpieczne tendencje, jakie zdarzają się w każdej wspólnocie religijnej: chowanie się za przepisami i nakazami, dopuszczanie się nadużyć w stosunku do osób zależnych, moralizowanie, którym odwraca się uwagę od własnych słabości i obarczanie innych ciężarami, których samych się nie dźwiga jakby się miało pomysł na reformę – czyli tak naprawdę rozmycie odpowiedzialności.
Jezus zachęca nas do miłosiernej teologii, a my często chowamy się za przepisami KPK lub tradycją przedsoborową. Przy czym KPK jest o wiele bardziej miłosierny niż my go interpretujemy. Po całej wykładni prawa w Kodeksie następuje ostatni kanon 1752. W kanonie tym spotyka się Kodeks z samą Biblią: W prawach przeniesienia (o którym była mowa w poprzednich kanonach) należy stosować przepisy kan. 1747, z zachowaniem kanonicznej słuszności i mając przed oczyma zbawienie dusz, które zawsze winno być w Kościele najwyższym prawem.
Strach pomyśleć o tym momencie, kiedy spotkamy się z Panem i On nam uświadomi, ile przepisów w Kościele było niepotrzebnych, czy wręcz niezgodnych z wolą Boża, bo utrudniało ludziom dojście do Niego. Chodźmy traktowanie Komunii Świętej jako nagroda dla zasłużonych, a przecież to jest najdoskonalsze Lekarstwo. Często bronimy Komunii Świętej, żeby nie trafiła do ludzi niegodnych. To tak jakby Apostołowie wstrzymywali Jezusa przed pójściem do grzeszników, bo jest zbyt Święty aby pójść do łotrów.
Z tym wiąże się też problem rozumienia tradycji w Kościele, nie tylko liturgicznej. Teolog katolicki powinien zawsze pamiętać o przestrodze kardynała Newmana, że właśnie wierność tradycji, wierność własnemu pojmowaniu wiary wymaga ustawicznego wysiłku nad zmianą form – już choćby dlatego, że słowa zmieniają swoje znaczenia, więc jeśli głosimy wiarę słowami i stylem naszych pradziadów, mówimy de facto co innego, niż oni mieli na myśli. Przywiązanie do formy oznacza zdradę wobec treści i sensu.
Wielki historyk Tradycji chrześcijańskiej Jaroslav Pelikan, napisał: „Tradycja to tak naprawdę żywa wiara zmarłych (to znaczy wiara Ojców, która pozostaje stale żywa); tradycjonalizm to martwa wiara żywych”.
Jezusowa tradycja to miłość Boga i bliźniego. To pozostaje niezmienne. Prawdziwy chrześcijanin to ten, który da się dla Chrystusa porąbać, fanatyk w imię tzw. wierności tradycji – porąbie wszystkich.
Zadajmy sobie pytanie, gdzie mi jest bliżej: czy jestem gotowy, aby dać się porąbać dla Chrystusa? Czy mam ochotę porąbać cały świat, bo nie jest zgodny z moją wizją doskonałości? Najczęściej jednak okazuje się, że ostrze naszej siekiery jest skierowane w nas samych i kaleczymy samych siebie, uważając, że Bóg chce, abyśmy spełniali Jego oczekiwania.
Nikodem
(fot. Nikodem: Grób Dawida, Jerozolima 2018 – Kurs archeologiczny)
