Mateusz rozpoczyna tutaj nowy odcinek narracyjny. Po opuszczeniu Kafarnaum Jezus przybywa do swego rodzinnego miasta, Nazaretu, po raz pierwszy od uwięzienia Jana Chrzciciela. Naucza ludzi w synagodze, w której sam pobierał kiedyś nauki. Mieszkańcy Nazaretu są „zdziwieni”. Nie jest to zaskakujące, ponieważ Jezus wcześniej zadziwiał swym nauczaniem, lecz tym razem zdumienie nie jest wyrazem otwartości i podziwu, lecz podejrzliwości i gniewu. Ludzie w jego mieście rodzinnym są zdumieni w tym znaczeniu, że zdecydowanie powątpiewają o Nim. Znają Jezusa i Jego rodzinę i nie mogą uwierzyć, że teraz jest wielkim prorokiem.
Jezus dokonał w Nazarecie niewielu cudów z powodu ich niedowiarstwa. Słowo określające tu „niedowiarstwo” nie oznacza „małej wiary”, bo ta wystarczy do cudów, lecz ten termin dosłownie oznacza „brak wiary”, którego Mateusz używa tylko do opisania tych, którzy sprzeciwiają się Jezusowi i Go odrzucają. Gdy ze swą małą wiarą zmagają się apostołowie, i faktycznie Jezus nazywa ich „ludźmi małej wiary”, to nie dla Chrystusa problem, ponieważ w opozycji do „małej wiary”, ludzie z rodzinnego miasta Jezusa są otwarcie niewierzący, powątpiewają o Nim i odrzucają Go.
Ludzie z Nazaretu pamiętają Jezusa jak był mały, kiedy był chłopcem, kiedy był jeszcze fizycznie niedojrzały, bo jako dziecko miał do tego prawo – był przecież człowiekiem. Nazaret jest zatem rzeczywistością, która pamięta moją niedojrzałość. Każdy ma swój Nazaret, czy to w domu rodzinnym, czy to przede wszystkim w głowie. Każdy może mieć myśli, które przeszkadzają mojemu nawróceniu, mojej przemianie, ponieważ są to myśli przypominające mi o mojej zamierzchłej niedojrzałości: o moich ranach, mojej słabości, moich grzechach, o tym, jak się sam wpakowywałem w tarapaty. Są myśli, które ciągle podcinają mi skrzydła, przypominając mi mój wstyd, moją śmieszność, moje nieustanne poczucie niewystarczalności, mój perfekcjonizm. Gdybym jednak nie miał odwagi i poddałbym się myślom mojego Nazaretu, które ciągle trzymałyby mnie w pętach zamierzchłej niedojrzałości, nie byłbym w stanie mówić homilii, pisać bloga, czy robić podcastów.
Choć ciągle towarzyszy mi poczucie niekompetencji, z racji starych zranień, nie chcę się temu poddać, choć te myśli i osądy „rodzinne” powracają, ale nie chcę się już im podporządkowywać. Głosić Ewangelię będę, nawet jeśli moi znajomi powiedzą, że jestem niekompetentny, bo mnie znają, kiedy byłem skrajnie niedojrzały. Oczywiście, że tych znajomych mam w głowie, bo nikt tak bardzo nie podcina mi skrzydeł, jak robię to sobie sam.
Nikodem
