Błogosławione łono i piersi – Łk 11, 27-28

„Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”; w dzisiejszej Ewangelii mamy dość naturalistyczny komplement skierowany głośno w stronę Jezusa przez pewną kobietę z tłumu. Dość ciekawy jest język semicki, często właśnie taki bardzo naturalistyczny. Piersi i łono – chodzi o nic innego, jak o matkę. W słowach wołającej kobiety chciejmy zobaczyć uznanie przede wszystkim dla Matki Jezusa, skądś przecież Jezus musiał zaczerpnąć ze swojej nieprzeciętnej osobowości. Ale ze słów kobiety wyłania się jeszcze jedna kwestia: ZAZDROŚĆ! Pozazdrościć takiego Syna, ale też pozazdrościć bycia matką takiego dziecka. Możemy przypuszczać, że ta kobieta albo nie była matką, a bardzo chciała, albo nie była zadowolona ze swojego syna, który być może nie był taki, jaki by ona chciała. Wiele rodziców zawodzi się na własnych dzieciach. W tej kobiecie musi być zatem taki żal, w którym wolałaby, żeby jej syn był jak Jezus.  

Jezus odpowiada: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają”. Chrystus doskonale zna swój naród i jego siłę, ale też i słabości. Jedna z charakterystycznych cech Narodu Wybranego było „obsesyjne” przykładanie znaczenia do pochodzenia rodzinnego. Więzy rodzinne i genealogia były świętościami. Problem polegał na tym, że Izraelici za bardzo absolutyzowali pochodzenie, nie widząc niekiedy ciasnoty z tego płynącej. Ta kobieta widzi jedynie biologiczne pochodzenie Jezusa, z Matki i całego rodu. Jezus zaś mówi, że to nie genologia, lecz nastawienie serca na Boga. A tak się składa, że Jego Matka była w tym niezaprzeczalnie wzorcowa.

Jezus w swoim nauczaniu stanowczo łamał ciasne trzymanie się przywiązań rodzinnych i to była świeżość Jego nauczania. W tej samej Ewangelii Jezus powiedział: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26). Do tego, który chciał pogrzebać swego ojca, powiedział: „zostaw umarłym grzebanie umarłych” (Mt 8,22).

Jezus nawiązuje RADYKALNIE do wolności od zobowiązań rodzinnych. W starożytnej rodzinie żydowskiej ważne były również role, które posiadał członek rodziny – każdy miał jakąś funkcję i często się z nią za bardzo utożsamiał. Pierworodny syn, najstarsza córka, goel, najmłodszy…

Zatem, w nauczaniu Jezusa obecny jest wyraźny wątek dystansu do odgrywania ról w rodzinie, a to wezwanie Jezusa jest aktualne również dzisiaj. Każdy z nas miał jakieś role w rodzinie: słoneczko tatusia, radość mamusi, spełniacz oczekiwań, ratownik, buntownik, niechciany, wyczekiwany, spełnienie marzeń mamy czy taty…

Dlatego wierzę głęboko, że Jezusowi nie tylko chodzi o zobowiązania formalne, lecz także o te na głębszym poziomie – zobowiązania emocjonalne, o jakąś formę spełniania oczekiwać rodziców. Jezus chce stworzyć nas na nowo, często inaczej niż chcieli tego nasi rodzice i warto Mu na to pozwolić. Czasami Pan Jezus chce nas bardziej „niegrzecznymi”, abyśmy, wsłuchując się w Niego, mieli odwagę popełniać błędy, mieli odwagę być niedoskonali, abyśmy mieli odwagę próbować czegoś nowego – nowego myślenia, mieli odwagę nie dawać rady i nie spotka nas za to kara, lecz pełne przyjęcie i miłosierdzie płynące od samego Ojca niebieskiego. Bo Pan Jezus doskonale wiedział co robi, nazywając nas uczniami. Uczeń może popełniać błędy, może upadać, żeby nauczył się dźwigać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *