Większa sprawiedliwość – Mt 5,20-26

Ewangelia wg św. Mateusza została napisana w określonym kontekście, który trzeba znać, żeby ją dobrze rozumieć, bez zbyt pochopnego nakładania kategorii myślowych współczesnego człowieka. Jest ona klasyczną Ewangelią eklezjalną. We wczesnym Kościele cieszyła się największą popularnością, to ją czytano najczęściej podczas nabożeństw i najczęściej też komentowano.

Napisał ją najprawdopodobniej judeochrześcijanin z drugiego pokolenia po Chrystusie. Znał dobrze grekę, był otwarty na pogan; mamy 80-90 rok w Antiochii, mieście, w którym obok chrześcijan żyli Żydzi, Grecy i inne grupy etniczne.

W żadnej z pozostałych Ewangelii nie odnajdujemy tak wielu odniesień do prawa żydowskiego, i też żaden z pozostałych Ewangelistów nie ukazał postaci Jezusa tak bardzo osadzonego w realiach judaizmu. Jezus jest tym, który podaje autentyczną wykładnię Prawa.

Jednocześnie w żadnej z pozostałych Ewangelii nie znajdujemy tak ostrej krytyki Żydów; to na podstawie tej Ewangelii zarzucano chrześcijanom antysemityzm. W niej znajdujemy obraz sądu Bożego, tutaj pojawia się fundamentalny podział na złych i dobrych. Mateusz także nie koncentruje się na szczęściu tu na ziemi, które z zasady jest pełne cierpienia; on z zdwojoną siłą akcentuje życie wieczne. Dlaczego tak?

Po zburzeniu Jerozolimy w roku siedemdziesiątym przedstawiciele judaizmu, którymi byli już wtedy głównie faryzeusze, na soborze w Jabne (90/95) wykluczyli judeochrześcijan. Do tej pory chrześcijanie mieli status „sekty” – hairesis, taką samą jak saduceusze, faryzeusze, esseni, zeloci – sekta w sensie dozwolona interpretacja judaizmu, nie ma znaczenia negatywnego, jak dzisiaj.

Gmina św. Mateusza boleśnie przeżywała owo wykluczenie. Przypomnijmy, że uczniowie Jezusa spełniali normalnie praktyki pobożne, jak przystało na wierzącego Żyda, choćby modlitwa w świątyni Jerozolimskiej, chodzenie do synagog. Miłość do Jezusa nie wykluczała wiary w Jahwe, ale ją pogłębiała.

Kiedy już nie było świątyni, zanikł też kult, więc także kapłani przestali istnieć. Zatem uczeni w Piśmie i faryzeusze jeszcze bardziej podporządkowali całe życie surowym przepisom i w ten sposób mogli zachować dawną tradycję, już bez świątyni. Zaś młody ruch chrześcijański doświadczył Ducha, nowego rozkwitu proroctwa, wielkiego wyzwolenia ku miłości, więc zaostrzenie przepisów w ogóle im nie było potrzebne, a wręcz mogło zaszkodzić chrześcijaństwu.

I na tej przestrzeni zaczęło mocno zgrzytać – rozumienie tradycji i przepisów. Pokutuje tutaj myślenie, że czym nałożę sobie większe ciężary, tym bardziej się Bogu przypodobam. Zasłużę na zbawienie, odkupię grzechy, już bez przebłagalni, która spłonęła w roku 70 po Chrystusie.

Jeśli Pan Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii, że nasza sprawiedliwość ma być większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, to nie chodzi, żebyśmy bardziej przestrzegali przepisów moralnych, ale żebyśmy do moralności podchodzili inaczej. Abyśmy przestali w końcu patrzeć na moralność jako coś zewnętrznego, to znaczy: jak ja się jawie na zewnątrz. Życie w poczuciu ciągłej obserwacji, czy spełniam oczekiwania, czy nie? Czujemy się obserwowani przez Boga, który miałby nas pilnować i rozliczać. Duchowość w stylu: żeby się dostać przynajmniej do czyśćca. Takie nakładanie na siebie kagańca moralnego, pomimo, że cały czas mam w sobie nieuporządkowane uczucia i pragnienia, które kierują mnie w kierunku, którego moje superego mi zabrania. Na zewnątrz jestem grzeczny, ale żyję w nieustannym konflikcie wewnętrznym, bo nie pozwalam sobie na to, co chcę, bo boję się kary Bożej lub osądu ludzkiego, a najczęściej boję się trawiącego mnie potem poczucia winy.

Tymczasem Jezus to wszystko przeakcentowuje. To znaczy, nie skupiaj się na byciu grzecznym na zewnątrz, tylko zacznij w końcu przyglądać się swemu sercu. Jest tam dużo niewyrażonych zranień, pragnień, gniewu, nieprzebaczenia – to wszystko wymaga uleczenia, oczywiście nie samemu – wnętrze leczymy w relacji. Pozwól Jezusowi siebie uleczyć od środka, a potem sam Pan Jezus uzdolni Cię do postępowania moralnego, bez tej faryzejskiej pychy, polegającej na tym, że sobie sam wypracowałeś cnoty.

Jezus mówi, że mamy się pogodzić ze swoim przeciwnikiem. Często tą osoba, z którą mam się pogodzić, to jestem ja sam, w swojej wrażliwości, taki mały, kruchy i poraniony, zepchnięty w lochy podświadomości, a w jaźni jest tylko moje wielkie ja – faryzejskie, żeby mnie ludzie podziwiali jaki jestem super. Jeśli będziesz super, ludzie dadzą ci co najwyżej podziw, ale nie dadzą ci miłości. Umrzesz z wielkim nagrobkiem, ale samotnie. Bo pokochać można tylko człowieka autentycznego, pogodzonego z własnym wnętrzem, nie wstydzącego się własnej wrażliwości.

Nikodem

5 thoughts on “Większa sprawiedliwość – Mt 5,20-26

  1. Owszem. Ale nawet bez takich kontekstów można powiedzieć że te słowa są skierowane właśnie do mnie. We mnie jest faryzeusz. Ja mam wszelkie wady które można zobaczyć też u tych ludzi. Jak się wyszukuje tych wad u innych to rzeczywiście, można zostać oskarżonym np. o antysemityzm. Poza tym, że wtedy Biblia nie spełnia swojej roli. 🙂

  2. Zgadzam się, że dobre uczynki i unikanie grzechu, by miały jakąś wartość w oczach Bożych, muszą wypływać z dobrej intencji. Nie podobania się ludziom , własnej satysfakcji , lęku przed piekłem, czy wyrzutami sumienia , ale czynione w Bogu ,dla Boga i z miłości do niego . Bóg dał przykazania , by nasz uczynić wolnymi od szatańskiej niewoli a nie by nas zniewolić . Jezus powiedział ,że nie ten który mówi Panie , Panie wejdzie do królestwa niebieskiego, ale ten kto pełni wolę Ojca . Spełnianie Woli Bożej to przede wszystkim wypełnianie tego wszystkiego, co zostało już objawione : przykazania, unikanie grzechów , rady ewangeliczne , wypełnianie obowiązków stanu . Oczywiście sami z siebie nie możemy nic , dlatego potrzebna jest łaska uświęcająca , z którą Bóg daje nam cnoty wlane i Dary Ducha Świętego . Jednak nie działają one w sposób automatyczny i wymagają naszego wysiłku – czyli pracy nad cnotami naturalnymi . Jezus miał wszystkie cnoty wykształcone w stopniu doskonałym . Skoro mamy go naśladować i spełniać to ,co nam przykazał ( bądźcie doskonali jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski) musimy podjąć wysiłek . Wtedy Bóg przyjdzie nam z pomocą i udoskonali nasze dobre uczynki , sprawiając ,że staną się zasługujące . Nie ma drogi na skróty w dążeniu do doskonałości .Nie można z drogi oczyszczającej przeskoczyć na drogę jednoczącą ,bez drogi oświecającej (przez praktykę cnót) .Jeśli jak się zdarza, są to sytuacje wyjątkowe (Bóg może wszystko) . Nie wszyscy też są powołani do najwyższego stopnia doskonałości .Są dusze , które pozostaną na pierwszym etapie drogi duchowej , czyli walki z grzechem i też mają szansę na zbawienie (chociażby czyściec) .Nie mniej jednak stanie w miejscu sprawia ,że człowiek się cofa , więc lepiej celować od razu w niebo i dążyć do większej doskonałości . Świetnie zobrazował działanie cnót wlanych i darów Ducha Św o. Alodf Tanquerey w „Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej” . Dziecko uczące się chodzić – to człowiek praktykujący cnoty . Matka która podtrzymuje dziecko przy nauce chodzenia – to cnoty wlane. Matka , która bierze dziecko na ręce i przenosi je do innego pomieszczenia – to dary Ducha Świętego.

    Zgadzam się również z tym ,że cierpienie dla samego cierpienia nie ma żadnej wartości . Ale już przyjmowanie z cierpliwością nie tylko wielkich krzyży, ale drobnych niegodności , przykrości (które Bóg dopuszcza ) i ofiarowanie ich Bogu w zjednoczeniu z cierpieniami Jezusa ,mogą być doskonałą pokutą i zadośćuczynieniem .

    Na walkę z człowieka duchowego z cielesnym jesteśmy niestety skazani , bo natura i łaska dążą do czego innego.

  3. „ Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi.” Gorzej, jeśli tym bratem jesteśmy my sami. Czasami wybaczyć innym, nawet oprawcom, jest łatwiej, niż popatrzeć w lustro przychylnym okiem. Bez Boga, bez Jego miłości nie jest to możliwe. Nawet terapie mogą nie pomóc, bo nie chodzi o wycięcie problemu, udawanie, że nie nigdy istniał, a prawdziwe uzdrowienie. Podobno każdy z nas ma coś, z czym zmaga się od lat i prawdopodobnie będzie z tym walczyć aż do śmierci – i właśnie to przybliża nas najbardziej do Ojca, sprawia, że szukamy w Nim oparcia i ratunku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *